Lubimyczytać.pl Sp. z o.o
http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/rozmowy/11248/o-budowaniu-fantastycznego-swiata-wywiad-z-robertem-m-wegnerem

O budowaniu fantastycznego świata – wywiad z Robertem M. Wegnerem

14 wartościowy tekst

Autor „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” mówi o tym, jak to jest tworzyć niezwykle realistyczny fantastyczny świat, jak do tego podchodzi, i jakim cudem ogarnia to wszystko, większość szczegółów mając we własnej głowie.

Deana d’Kllean, niegdyś Pieśniarka Pamięci i mistrzyni miecza, a dziś rządząca pustynnym księstwem wybranka Boga Ognia, stoi na progu wojny. Powstanie niewolników, które wybuchło u południowych granic państwa, zatacza coraz szersze kręgi. Genno Laskolnyk wraz ze swoim czaardanem wolnych jeźdźców wpada w sam środek wojny.

Czego szuka wśród niewolników, którzy postanowili zrzucić jarzmo krwawych panów? Tymczasem tysiące mil na północ Czerwone Szóstki trafiają na tajemnicę, która pochłonęła już niejedną ofiarę. Czy odwaga górali ocali im życie?

Meekhan spływa krwią i wydaje się, że nic już nie powstrzyma płomienia, który ogarnia Imperium.

Marcin Zwierzchowski: Właśnie ukazało się Każde martwe marzenie, czyli piąta książka, a trzecia powieść, w Twoim cyklu fantasy Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Plan obejmuje jeszcze trzy powieści. Gdy zasiądziesz do pisania kolejnej, jak będzie wyglądało Twoje stanowisko pracy? Pytam o narzędzia, takie jak notesy, tabelki w excelu, karteczki post-it, rozbudowane diagramy, słowniczki, drzewa genealogiczne czy mapy. Czego ci potrzeba, by zapanować nad tak ogromną historią?

Robert M. Wegner: Może na początku uściślijmy, że plan obejmuje jeszcze co najmniej trzy powieści. Jak zacznę odliczać: trzy, dwa, jeden, to będzie dla wszystkich znak, że zbliżamy się do końca.

Jeśli chodzi o moją pracę, to używam niemal wyłącznie głowy i laptopa, z naciskiem na głowę. Tam mam wszystko: genealogie, życiorysy bohaterów, prawdziwą historię świata, jego legendy, mity i baśnie i tym podobne. Oczywiście sporo z tych rzeczy, szczególnie takich, które stanowią tło albo lokalne smaczki, zwyczaje czy tradycje, powstaje w trakcie pisania i jest to jedna z najfajniejszych rzecz w tworzeniu własnego świata – kreowanie go na każdym poziomie, właściwie przez cały czas. Niekiedy sięgam po słowniczki z poprzednich tomów, zwłaszcza jeśli opuściłem bohaterów lub miejsce na dłużej i muszę sobie przypomnieć jakiś szczegół. Ale gdy już siadam do pisania, nadmiar dodatkowych elementów tylko mnie rozprasza. Więc uściślając i odpowiadając na twoje ostatnie pytanie: do zapanowania na taką opowieścią na razie potrzebuję głównie własnej pamięci i jakiegoś narzędzia do pisania.

Zaczynałeś od opowiadań, później zebranych w tomy „Północ-Południe” oraz „Wschód-Zachód”. W jakim stopniu ukształtowany był Meekhan, gdy zaczynałeś pisać pierwsze teksty o tym uniwersum? Mówisz, że wiele tworzysz już w czasie pisania, a najważniejsze informacje masz w głowie. Próbuję jednak uściślić, ile jest w Tobie autora mającego szczegółowy plan wydarzeń, zanim przeleje na kartkę/ekran pierwsze słowa, a ile jest tu płynięcia z historią, której finał i kamienie milowe znasz, ale tego, co pomiędzy nimi, już nie.

Trudne pytanie. Żeby na nie odpowiedzieć, użyję pewnego porównania. Gdybym chciał napisać cykl powieści o, dajmy na to, wojnie stuletniej, to musiałbym się trzymać pewnych ram historycznych – to byłby rdzeń, szkielet historii. Ale pisząc prawdziwą powieść, sięgnąłbym, oprócz postaci autentycznych, po galerię bohaterów fikcyjnych, dając sobie sporą swobodę co do ich losów. Miałbym naprawdę – na tle takiego historycznego fresku – ogromną swobodę twórczą.

Podobnie jest z Meekhanem – wiem, od samego początku wiedziałem, jaką historię chcę opowiedzieć. I nie wszystkie postacie, których losy śledzimy, są w niej najważniejsze, niektóre są po prostu ciekawe albo je lubię. Niemniej moje „Opowieści” zmierzają do konkretnego finału, choć wiele jeszcze istotnych wydarzeń przed nami i wiele tajemnic musi zostać wyjaśnionych. Dlatego czekają nas jeszcze co najmniej trzy książki.

Nawiązując więc do twojego porównania, kamienie milowe znam, ale którą ścieżką do nich dojdę, to już kwestia mojego wyboru, a czasem po prostu weny.

Skąd w ogóle pomysł, by dla fabuły tworzyć aż tak rozbudowany świat? Da się prościej, przecież Meekhan nawet wśród dzieł innych światotwórców wyróżnia się rozmachem, a wielkie fabuły da się opowiadać, używając mniejszej ilości szczegółów. Skąd się wzięło w Tobie, początkującym pisarzu, przekonanie, że podołasz?

To właściwie nie był pomysł, tylko psychologiczna perwersja. Opowiem ci pewną, chyba można to nazwać anegdotą, o moim tworzeniu. Jako bardzo młody chłopak napisałem opowiadanie o pewnym młodym złodzieju żyjącym w pewnym portowym mieście. Brzmi znajomo, prawda? A potem włączył mi się tryb „pytania i odpowiedzi” i zacząłem drążyć, skąd wzięło się to miasto, jaką ma historię, dlaczego jest takie duże, z kim handluje, jakich ma sojuszników i wrogów, w jakich bogów się w nim wierzy. Ponad rok później ocknąłem się z dwoma grubymi zeszytami, zapisanymi drobnym maczkiem, zawierającymi historię połowy kontynentu, sięgającą miejscami kilka tysięcy lat wstecz. Dzięki Bogu gdzieś je zgubiłem, bo całość była esencją tego, czym nasiąkł wtedy mój nastoletni umysł wychowany na Tolkienie i Howardzie.

Ale z tego ziarna później wyrósł Meekhan i okolice. I wtedy odkryłem, że nie potrafię napisać opowiadania bez umieszczenia wokół moich bohaterów całej otoczki, historii miejsc, krajów, smaczków kulturowych i tak dalej. A gdy zaczynałem publikować pierwsze książki, nie było we mnie przekonania, że podołam, tylko nadzieja, że próba napisania takiego dzieła mnie nie wykończy. Zresztą czasem tylko ta nadzieja nadal trzyma mnie na obranym kursie.

Rozumiem, że napisanie fikcyjnej historii w historycznych realiach odpadało? Bo wtedy miałbyś odpowiedzi na wszystkie te pytania, zanim jeszcze zapisałbyś pierwsze słowo opowiadania. Wystarczyłoby studiowanie źródeł. Próbuję zrozumieć, dlaczego Ty i podobni Ci autorzy decydują się kreować, ze szczegółami, całe światy. To kwestia całkowitej wolności?

Nie podejmę się odpowiadania za innych autorów, bo nie siedzę w ich głowach. Wiem jednak, jak to wygląda u mnie. Tylko raz spróbowałem napisać opowiadanie ze szczegółowym konspektem i odkryłem, że nie ma nudniejszej rzeczy. Nic mi się w czasie pracy nie kleiło, nie było wrażenia, że historia płynie, że opowiada się sama. A najgorsze było to, że nie czekała mnie w czasie pisania żadna niespodzianka. To była po prostu mordęga. Wolę iść za opowieścią, niż ją zapisywać.

Natomiast jeśli chodzi o kreowanie światów, to oczywiście jest to wielka wolność, a jednocześnie test określający, w jakim stopniu nasza kreatywność zgra się z ontologią świata, który wymyśliliśmy. Czy nasz świat będzie spójny w granicach założeń przyczynowo-skutkowych, czy też rozsypie się gdzieś po drodze i będziemy musieli go łatać królikami wyciągniętymi z kapelusza lub popychać fabułę do przodu za pomocą deus ex machina. A ludzie, dla których piszemy, są bardzo wyczuleni na takie tanie chwyty. Tak więc wolność tworzenia istnieje, lecz ograniczona logiką i poddawana nieustannym testom przez czytelników, którzy potrafią być bardzo dociekliwi.

Inaczej musiało Ci się pisać te pierwsze opowiadania, a inaczej „Każde martwe marzenie”, budowane już na fundamencie czterech poprzednich książek. Czytając nową powieść, zwłaszcza sceny z cesarzem, zastanawiałem się, w jakim stopniu obecnie po prostu idziesz za wątkami, które zarysowałeś wcześniej, a w jakim opowieść Cię prowadzi; a dokładniej: w jakim stopniu ścieżkę wyznaczają Ci wcześniejsze wybory? Syndromu pustej kartki chyba nie masz, z tyloma rozpoczętymi wątkami...?

Powiedziałbym, że w tej chwili jest to dwie trzecie do jednej trzeciej. Dwie trzecie pełnej swobody twórczej, jedna trzecia ograniczeń związanych z tym, co już napisałem. I mam pełną świadomość, że w miarę rozwoju cyklu te proporcje będą się zmieniać. Ale jakoś to przeżyję. Cesarza planowałem umieścić w trzeciej książce, wykorzystując przy okazji tę postać do zrobienia swoistego résumé wydarzeń z poprzednich tomów. Nadal jednak mam sporo luzu w tkaniu fabuły, bo każde z kluczowych wydarzeń z przyszłości mogę opowiedzieć na kilka sposobów. Dzięki temu mogę wciąż nieźle się bawić w trakcie pisania. Spośród pozostawionych za mną tajemnic, wątków i sekretów świata Meekhanu większość czeka jeszcze na opowiedzenie. Syndrom pustej kartki mi nie grozi, większy problem będzie zapewne stanowiło wybranie, które z wątków i postaci najlepiej nadają się do popchnięcia fabuły naprzód. Ale mam nadzieję, że jakoś sobie poradzę.

Wejdźmy w trochę szersze rozważania: jaki masz klucz do tworzenia realistycznych fikcyjnych światów? Bo taki Martin, jak wiadomo, ochoczo czerpie z historii średniowiecznej Europy i przerabia rzeczy pokroju Wojny Dwóch Róż na starcie Starków z Lannisterami.

I to jest bardzo dobra metoda. Ale na razie nie dla mnie. Nie odżegnuję się od niej całkowicie, ale – jak już nieraz mówiłem – moją pracę charakteryzuje „wędrówką za opowieścią”, a najlepsze kawałki pojawiają się w trakcie pisania. Ponieważ jednak nie chcę popadać w pychę, muszę przyznać, że korzystam ze swoich, ciągnących się za mną od czasów podstawówki, zainteresowań historią, militariami, religiami całego świata, a po trosze także socjologią, psychologią, behawioryzmem i podobnymi zagadnieniami. Wszystko to siedzi w mojej głowie i wyskakuje z niej w trakcie uderzania w klawisze. Być może rację mają ci, którzy twierdzą, że trzeba przeczytać tysiąc cudzych książek, nim napisze się jedną własną, bo w przypadku próby stworzenia – prawdziwego w odczuciu czytelników, choć wymyślonego – świata, zwłaszcza jeśli chodzi o realistyczne fantasy, bez solidnej „bazy danych” w głowie na pewno się to nie uda.

Rozwijając myśl o „bazie danych”: taktyki militarne, sztuki walki czy podstawy żeglarstwa to też coś, co masz już w głowie, czy badasz źródła? Wiesz doskonale, że dość popularne jest podejście: „w końcu to fantasy”, więc bohaterowie mogą walczyć głównie z pomocą piruetów, a taktyka starć armii przypomina uderzanie o siebie lalkami przez pięciolatka (przykładem Bitwa Pięciu Armii z trzeciej części „Hobbita”). W „Opowieściach...” natomiast to, że Ty masz wiedzę o militariach, jest bardzo wyraźne.

Sporo mam w głowie. Wiele przeczytanych książek, nawet jeśli z częścią z nich zapoznawałem się lata temu, zostawiło mi całkiem solidną bazę pod czaszką. Ale jeśli czegoś nie wiem, nie jestem pewien, to szukam źródeł. Lecz tutaj małe ostrzeżenie: zarówno kroniki i traktaty historyczne, jak i późniejsze ich opracowania potrafią przedstawiać zupełnie różny obraz wydarzeń, w zależności od upodobań, narodowości czy nawet poglądów autora. Trzeba więc przy korzystaniu z nich kierować się zdrowym rozsądkiem. Ale korzystać i sprawdzać trzeba.

Zawsze powtarzam, denerwując niemiłosiernie miłośników SF, że pod względem militariów fantasy stoi o dwa stopnie wyżej niż wojskowe opowieści z umownych przyszłości – oczywiście jeśli chcemy stworzyć realną historię. Nikt nie zweryfikuje, jaki zasięg, celność i jakie obrażenia może zadać plazmowy blaster model X albo jak naprawdę działają magiczne technologie z przedrostami „nano” czy „kwantowy”. Lecz zasięg strzału z łuku o określonym naciągu albo prędkość cwałującego konia są do sprawdzenia. Ja takich rzeczy mam sporo w głowie i na bieżąco poszerzam swoją wiedzę na ich temat.

Bo znasz grupę docelową – w zasadzie można być pewnym, że jeżeli koń w Meekhanie cwałowałby zbyt szybko, to ktoś by to wyłapał, prawda? Fantastyka, zwłaszcza fantasy, ma opinię historii czysto eskapistycznych, tymczasem czytelnicy i czytelniczki obecnie żądają realizmu w tej fikcji.

Oczywiście czytelnicy bywają dociekliwi. I mają do tego prawo. Jeśli pisząc książkę, obiecujesz komuś wycieczkę po wykreowanym świecie, to nie możesz dopuszczać do tego, by – jeśli już trzymamy się hippicznych przenośni – koń, na którym galopuje jego wyobraźnia, potykał się co chwilę. To nieuczciwe. Pomyłki oczywiście się zdarzają, mnie również, ale są właśnie pomyłkami, a nie wyrazem lekceważenia czytelników, „bo to przecież tylko fantastyka”. Na takim podejściu poległo wielu początkujących twórców, którym wydawało się, że pełna dowolność tworzenia oznacza absolutny brak odpowiedzialności za logikę, zasady działania i spójność świata. A potem, gdy okazuje się, że czytelnicy nie „kupują”, w przenośni i dosłownie, takiej pracy, często jest za późno, by nadrobić straty. Zwłaszcza że tak wiele osób dzisiaj zaczyna od razu od publikacji książki. Dobre pierwsze wrażenie debiutant może zrobić tylko raz.

Powiedzmy to wprost: prowadzenie fabuły w dobrze zaprojektowanym świecie fantasy wcale nie jest łatwiejsze niż tworzenie prozy realistycznej, bo niby wszystko jest tu zmyślone, ale też raz zmyślone musi pozostać niezmienne. Rozumiem, że rozpoczynając swoją przygodę z Meekhanem, zacząłeś między innymi od reguł swojego świata?

Częściowo tak. Podstawową zasadą, jaką przyjąłem, było to – i tu chyba cię nie zaskoczę – że jest to świat posiadający jakąś formę magicznej Mocy. Równie prawdziwą jak grawitacja czy prawa termodynamiki. I wszystko, począwszy od najprostszych czarów, a skończywszy na istnieniu bogów, jest z tą Mocą związane. Potem tworzyłem historię Meekhanu, z której czasami wyrastały nowe reguły i ograniczenia, a czasami nowe możliwości. Znam te zasady, widzę, jak oddziałują na świat i moich bohaterów i jak są przez nich wykorzystywane. W polityce, wojskowości, medycynie, handlu i tak dalej. Całość jak na razie działa.

Skoro omówiliśmy już proces tworzenia tak potężnego uniwersum, muszę zapytać, czy gdybyś miał podjąć tę decyzję bogatszy o dzisiejszą wiedzę, również zacząłbyś swoją pisarską karierę od takiego projektu? Jak wiesz, wielu debiutantów i wiele debiutantek na polu fantasy porywa się właśnie na rozpisane na wiele tomów cykle, z akcją osadzoną w fikcyjnych, skomplikowanych światach. Doradzałbyś im właśnie takie śmiałe ruchy czy spokojniejsze początki?

To, czy mając dzisiejszą wiedzę, porwałbym się jeszcze raz na taki projekt, to dość podstępne pytanie, nieprawdaż? W końcu cykl okazał się sukcesem, więc jakże miałbym nad nim nie pracować? A na serio, zaczynając Meekhan, oczywiście marzyłem o tym, że rozwinie się on w wielką sagę, lecz jestem rozsądnym facetem i dość dobrze odróżniam marzenia od rzeczywistości. Więc moje początki były spokojne. Zanim zdecydowałem się wydać tom „Północ-Południe”, przez co najmniej trzy lata publikowałem – dość regularnie, trzeba przyznać – długie opowiadania. W sumie przed pierwszą książką miałem wydane jedenaście tekstów o łącznej objętości 1,2 miliona znaków, czyli mniej więcej dwóch przeciętnych książek. Dzięki temu wszedłem na rynek, mając bazę potencjalnych czytelników, którzy kojarzyli mój pseudonim. A mimo to wcale nie było łatwo. Być może na umownym Zachodzie, w kręgu literatury anglojęzycznej, debiutant ma szansę szturmem zdobyć rynek wielotomowym cyklem powieści fantasy, ale w Polsce nikomu się to nie udało. U nas doradzam cierpliwość i konsekwencję w działaniu – publikowanie nie tylko w „Nowej Fantastyce”, ale i w mających dobrą markę fanzinach internetowych, zanim spróbuje się sił w prawdziwej powieści albo cyklu.

Wybierzmy się na koniec w przyszłość, do czasów, gdy „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” będą zamkniętą historią. Co dalej? Kolejna monumentalna opowieść? Dalsza przygoda z fantasy? Czy raczej wolałbyś zmianę estetyki?

O matko, a ileż wielkich cykli fantasy człowiek może napisać w ciągu życia? Zapewne na długi czas będę miał dosyć tej stylistyki. Na pewno chciałbym wtedy zmienić klimat na coś bardziej SF, mam pomysły na kilka zwykłych, samodzielnych powieści i garść opowiadań, które wydają mi się dość interesujące. Część z tego z pewnością zrealizuję w przerwach między poszczególnymi tomami „Meekhanu”, ale co będzie dalej, tego na sto procent nie mogę jeszcze powiedzieć. Mam tylko nadzieję, że pisanie nadal będzie sprawiało mi dużo frajdy. A to, jako autorowi, wydaje mi się najważniejsze.


Pokaż wszystkie rozmowy
Komentarze
Autor:  Marcin |  wypowiedzi: 7  [pokaż ostatnią] Odpowiedź
książek: 48
Marcin
18-12-2018 11:19
Zapraszam do dyskusji.
książek: 388
Marcin
22-12-2018 14:51
Będę musiał odłożyć kasiorę na jego książki. Fantastykę z wiarygodnie zbudowanym światem zawsze chętnie poczytam.
książek: 1291
Vespera
22-12-2018 18:14
Raczej nie pożałujesz. Raczej nikt, kto przeczytał Meekhan, nie twierdzi, że to były złe książki, może niektórzy mówią, że spodziewali się czegoś więcej, albo czegoś innego, ale wiadomo, wszystkich się nie zadowoli. Według mnie jest to obecnie najlepszy cykl w polskiej fantastyce.
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 35
showingear
24-12-2018 11:06
Książki Pana Roberta kupiłem kiedyś, wszystkie jakie były wydane na tamten czas. Była jakaś dobra promocja więc się skusiłem. Ogólnie mam syndrom kupowania znaczenie większej ilości książek niż jestem w stanie przeczytać. Książki leżały w mojej bibliotece prawie dwa lata nietknięte. Zawsze wydawało mi się, że mam do przeczytania coś znaczenie ciekawszego. Z jakiegoś bliżej nieokreślonego... Książki Pana Roberta kupiłem kiedyś, wszystkie jakie były wydane na tamten czas. Była jakaś dobra promocja więc się skusiłem. Ogólnie mam syndrom kupowania znaczenie większej ilości książek niż jestem w stanie przeczytać. Książki leżały w mojej bibliotece prawie dwa lata nietknięte. Zawsze wydawało mi się, że mam do przeczytania coś znaczenie ciekawszego. Z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu nie spodziewałem się też po nich zbyt wiele. Teraz wiem, że takie myślenie to był błąd. Świat zbudowany przez autora jest fenomenalny a same książki są na pewno jednymi z najlepszych w swoim gatunku a swoim kunsztem spokojnie mogą konkurować z największymi mistrzami fantasy.
pokaż więcej
Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie

Opinie czytelników


O książce:
Deadline. Zdążyć przed terminem

Niby akcja "oderwana" od rzeczywistości a tak naprawdę chyba każdy kierownik projektu spotkał się z większością opisanych sytuacji. No i te...

zgłoś błąd zgłoś błąd