Lubimyczytać.pl Sp. z o.o
http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/rozmowy/10532/chcialem-w-tej-powiesci-zawrzec-moje-przeczucia-i-leki

Chciałem w tej powieści zawrzeć moje przeczucia i lęki

3 wartościowy tekst

Zapraszamy do lektury wywiadu z Arturem Cieślarem, autorem m.in. powieści „Ułuda”, która ma dzisiaj, 20 czerwca swoją premierę. Z pisarzem o snach, buddyzmie i lękach rozmawia Anna Ostrowska. 

Wszystko wydarzyło się naprawdę – zapewnia Mat, który został poproszony przez swoją ciężko chorą przyjaciółkę Igę, aby dopilnował kremacji jej ciała, a prochy rozsypał w świętym miejscu w Indiach.

Mat wyrusza w podróż, poznaje niezwykłych ludzi, poszukuje, jest coraz bardziej uwikłany w grę czasu, ale i przestrzeń egzotycznego i tajemniczego Orientu. Nie spodziewa się, jak bardzo go to zmieni.

Ułuda to powieść drogi, opowieść o iluzji doświadczanej w życiu, o przemijaniu i o śmierci, która nie jest końcem, ale przejściem prowadzącym do nowego. Życie bohatera wydaje się snem. Może jest niekończącą się wędrówką… Ułudą?

Anna Ostrowska: Czy twoja „Ułuda” to zapis snu?

Artur Cieślar: Może łatwiej by mi się pisało, gdyby wcześniej to wszystko mi się przyśniło, tak jeden do jednego. Ale nic z tych rzeczy. Fabuła jest przemyślana. Nie spieszyłem się. „Ułuda” powstawała przez cztery lata.

Długo…

Bardzo. Pisałem z przerwami. Były miesiące, kiedy zamykałem plik na kłódkę, bo wiedziałem, że nie wszystko zostało skrojone tak, jakbym sobie tego życzył.

Część akcji toczy się w Polsce. Mat towarzyszy umierającej przyjaciółce, Idze. Potem kremacja, wyjazd do Indii z ważną misją. Inspirowałeś się wydarzeniami z własnego życia?

Masz pewnie na myśli śmierć Małgosi Braunek? Oczywiście, inspirowałem się tym, co przeżyłem z kimś dla mnie ważnym, ale to akurat nie jest historia Małgosi. Rzeczywiście, zostałem kiedyś poproszony o rozsypanie czyichś prochów w świętym miejscu w Indiach i tę prośbę wypełniłem.

W powieści do końca mnie wodziłeś za nos. Kiedy dotarłam do ostatniej strony, uświadomiłam sobie, że ta opowieść w zasadzie się nie kończy, że muszę ją przeczytać ponownie. Chciałam przeżyć wszystko raz jeszcze, już z nowym spojrzeniem na to, co wcześniej rozumiałam inaczej.

Właśnie to jest ułudą. Pewnym rodzajem zapętlenia. Zależało mi na tym, aby napisać historię, która po pierwsze nie znudzi, a po drugie będzie zwodzić czytelnika, żeby wciąż mu się wydawało, że już coś wie, a tymczasem jest inaczej. Chciałem w tej powieści zawrzeć moje przeczucia i lęki, ale też pokazać soczystość świata. Kocham powieści, które od pierwszych zdań oferują coś ciekawego. Jak w dobrym amerykańskim kinie. Już w trakcie początkowych napisów budowane jest takie napięcie, że cię podrywa z fotela, od razu dostajesz tyle wrażeń, że włosy stają dęba... Nie wiem, czy „Ułuda” jest aż tak mocna, ale dbałem o to, żeby to była powieść drogi z elementami sensacji i komedii. Może to powieść metafizyczno-sensacyjna? (śmiech)

Wróciłabym jednak do wątku snu...

Tylko nie zdradź zabiegu, jaki stosuję, bo odbierzesz innym frajdę.

Jasne! Oniryczność w powieści jest oczywista. Fascynują cię sny, śnienie?

Fascynuje mnie to, jak działa umysł. Dwie trzecie naszego życia przeżywamy na jawie, jedną trzecią we śnie. Ludzie często nie mają kontaktu z własnym śnieniem. Kładą się do łóżka i opowiadają, że zapadają w ciemność. Ja śnię intensywnie, jak w filmie, w jakości HD i 3D. Wszystko jest namacalne i spektakularne. Czasami przerażające, a bywa, że profetyczne. Fakt, że zetknąłem się z naukami buddyjskimi rozbudził tylko moją ciekawość procesem śnienia.

Medytujesz we śnie?

Uczyłem się czegoś, co w buddyzmie tybetańskim nazywa się jogą snu. To jest trening, naprawdę nic więcej, trening świadomego śnienia. Śnisz, ale jednocześnie starasz się rozpoznać, że śnisz, uświadomić sobie, że to, czego doświadczasz jest snem. Wtedy zyskujesz świadomość, że w tej sennej rzeczywistości możesz wszystko rozegrać na własnych zasadach.

To znaczy, że możesz na przykład kogoś bezkarnie zabić, bo to tylko sen?

Może ktoś o takich skłonnościach pokusiłby się o podobny eksperyment. Mnie bardziej pociąga udawanie się w nowe miejsca, podróżowanie w snach. Innym fascynującym trikiem jest usuwanie przeszkód, problemów, jakie pojawiają się na jawie. Na przykład chcesz coś, kogoś znaleźć, gdzieś się przemieścić i nie musisz wsiadać do samolotu, by się tam znaleźć. Zdajesz sobie sprawę, że śnisz i masz wielką moc umysłu, że nie ograniczają cię prawa fizyki, materia, więc przenosisz się gdzieś tam, do kogoś, w okamgnieniu. Wystarczy, że tylko o tym pomyślisz!

Bez biletu, bez wydawania pieniędzy...

Sama widzisz jakie to ekscytujące! Ale nie można utkwić w takim doświadczeniu i bawić się w świadome śnienie bez końca. Zresztą, raz śnię świadomie i udaję się we śnie na własne życzenie na przykład do klasztoru mojego lamy, by słuchać nauk, a innym razem jestem kompletnie zatopiony w sennej rzeczywistości, odczuwam wszystkie emocje jak na jawie, nie mając świadomości, że to tylko sen.

Gdy śnimy, nieświadomie wpadamy w pomieszanie, a nawet w panikę, ponieważ już mamy dystans i wiedzę o tym, jak funkcjonuje nasza dusza. Chcemy wszystko prześledzić od nowa, klatka po klatce, a to, co się dzieje dokoła nas tu i teraz nie jest już tak przerażające. Ani starość, ani choroba, ani nawet śmierć.

Boisz się? Miewasz lęki? Bohater „Ułudy” nieustannie mierzy się z lękiem...

Wszyscy się boimy. Lęk jest czymś, co może paraliżować, ale bywa także naszym sprzymierzeńcem. Kiedy musisz oszacować swoje szanse w jakimś przedsięwzięciu, głos lęku czasami jest decydujący i bywa, że jest głosem Anioła Stróża.

Twoja „Ułuda” to nie traktat o śnie, rzecz jasna, ale śmiało sobie poczynasz i żonglujesz tymi dwiema rzeczywistościami: jawą i snem.

Mam nadzieję, że jednak nienachalnie. „Ułudę” trzeba, podobnie jak kryminał, doczytać do końca, aby wszystko stało się jasne.

Jesteś konsekwentny w swoim pisarstwie. Począwszy od „Kobiety metafizycznej”, poruszasz się w klimatach wschodnich, buddyjskich.

To mnie ukształtowało. Mój buddyzm wyrósł sam z siebie. Jak samotny lotos zakwitł. Miałem piętnaście lat, leżałem chory na anginę i słuchałem na grundigu, takim kaseciaku, audycji w Trójce o Aleksandrze David-Neel. Mantry, świst wiatru, lamowie, klasztory, Tybet. Wpadłem jak śliwka w kompot. A to nie były czasy, że szło się do księgarni i miało się trzy półki z literaturą na ten temat. Dwa lata później spotkałem wyjątkowego nauczyciela i poprosiłem go o przewodnictwo duchowe. Dla mnie był uosobieniem mądrości i dobroci. Podążałem za nim mniej lub bardziej udolnie przez trzydzieści lat. Odwiedzałem go, nie pamiętam już, ile razy, w jego nepalskim klasztorze. Umarł kilka lat temu, ale nadal jest mi bliski. Spotykamy się w snach.

Spotykasz się w snach ze zmarłymi?

Jeśli mam, mamy, jakąś sprawę, to tak. Niedawno śnił mi się kolega z podstawówki. W siódmej klasie rozerwał go poniemiecki pocisk z czasów II wojny światowej. Upomniał się o pamięć. Zmarli nie lubią być zapomniani. Pomyślałem, że muszę przywołać jego historię.

„Ułuda” też jest takim przypomnieniem kogoś, kto odszedł? Przyśniła ci się Iga, a ty spisałeś jej historię jak skryba?

Niezupełnie, ale kilka rzeczy wyśniłem sobie.

A jaki jest największy lęk Artura Cieślara?

O Boże, musiało paść to pytanie? Jestem podróżnikiem, który od dwudziestego roku życia samotnie z plecakiem wędrował tu i ówdzie, i nagle, dosłownie od paru lat, zacząłem odczuwać lęk przestrzeni. To się nazywa agorafobia. Bardzo osobliwy lęk. W skrajnym stanie ludzie dotknięci tą chorobą nie wychodzą z domu. Boją się wszelkiej otwartej przestrzeni. Ja mam problem z autostradami, ogromnymi przestrzeniami typu step, tundra, morze. Wróciłem niedawno z Laponii. To kraina pustki i wiatru. Wiedziałem, że będę musiał się mierzyć z tym lękiem. Wiedziałem, że aby sfotografować moje ukochane renifery, będę musiał pokonać lęk. Uprzedziłem moich przyjaciół, że mogę spanikować. Ale wszystko było w miarę okej. Choć długo nie zapomnę tej fascynującej i jednocześnie przerażającej przestrzeni.

W „Ułudzie” sporo jest lęku, niepokoju.

Ale on ma inne uzasadnienie, lęk w „Ułudzie” rodzi się z pomieszania, z nierozpoznania pewnego znaczącego faktu w życiu bohatera, z pewnego rodzaju oderwania. Nie mogę nic więcej powiedzieć.

Jasne. Czy Mat to ty?

Trochę. Mat to ja sprzed jakiegoś czasu, Mat to na pewno nie jest dzisiejszy Artur.

Transowość w tej powieści jest wszechobecna. Czarujesz słowami, czarujesz też kolorami, obrazami... Malujesz od niedawna?

Mam nadzieję, że to nie jest efekciarstwo, ale czemuś służy i czytelnik rozumie pod koniec powieści czemu. Malarstwo wspiera pisarstwo. Bardziej świadomie widzę, lepiej zauważam. To pomaga w pisaniu.

Czego ci życzyć? Dobrych snów?

Zdrowia.


Pokaż wszystkie rozmowy
Komentarze
Autor:  LubimyCzytać |  wypowiedzi: 4  [pokaż ostatnią] Odpowiedź
książek: 1955
LubimyCzytać
20-06-2018 13:46
Zapraszamy do dyskusji.
książek: 1790
Piotr
21-06-2018 06:16
Książka zamówiona.
książek: 1
Adrianna
17-07-2018 21:00
Bardzo dobra książka.
książek: 1
Adrianna
17-07-2018 21:03
Bardzo dobra książka.
Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie

Opinie czytelników


O książce:
Na plaży Chesil

Najpierw obejrzałem film, potem dowiedziałem się, że powstał on na podstawie tej książki i po prostu musiałem to przeczytać. Książkę czyta się właściw...

zgłoś błąd zgłoś błąd