Lubimyczytać.pl Sp. z o.o
http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/publicystyka/9778/wszystkie-drogi-prowadza-do-ustki

Wszystkie drogi prowadzą do Ustki...

17 wartościowy tekst

Na początku było umiłowanie do zbrodni.... Mogłabym powiedzieć, że to wina dzieciństwa na komisariacie i skrzywienia nieodpowiednimi lekturami w zbyt młodym wieku, ale to nie całkiem tak. Moja siostra spędziła w podobnych okolicznościach równie wiele czasu, a nie wykazuje niezdrowej fascynacji zbrodnią, trupami, kryminalistyką czy psychopatologią. W odróżnieniu ode mnie.

Dziecięciem będąc, jeszcze w podstawówce, jako swoje ulubione pisma przynosiłam do szkoły „Detektywa” czy „997” zamiast oczekiwanego „Płomyczka”. Zupełnie nie rozumiałam, czemu pani robi dym o adnotację na okładce „Tylko dla dorosłych”. W krzyżówce w „Super Expressie” po przeczytaniu definicji: „osoba martwa, przedmiot śledztwa” wpisałam „umżyk” – nie do końca poprawnie, ale słowo „denat” poznałam chwilę później, a „trup” miał o jedną literę za mało.

Uwielbiam kryminały, a linia moich skojarzeń sprawia, że często lepiej, bym nie odzywała się publicznie, bo nie każdy chce się czegoś dowiedzieć na tematy powszechnie uznawane za drastyczne. Nie zawsze z tego prawa do zachowania milczenia korzystam, stąd moje prelekcje o kryminalistyce, historii zbrodni czy seryjnych mordercach, które wielu z was słyszało na konwentach w całej Polsce.

Kryminały są w moim przypadku starszą miłością nawet od fantastyki. Ona przyszła później. A potem, niczym Kapitan Planeta, siłą ich połączonych mocy powstało urban fantasy – gatunek, w ramach którego napisałam pierwsze jedenaście książek. I na tym na pewno nie koniec.

W którymś momencie zaczęłam odczuwać pokusę: a co by było, gdyby tak zrobić skok w bok i napisać coś niefantastycznego?

Raz – potrzebowałam jakiejś zmiany, nowości, ekscytacji na myśl o nowym projekcie. To całkiem zrozumiałe. Jestem autorką seryjną. Po heksalogii, w trakcie trylogii i w trakcie bogowie wiedzą czego (wciąż nie wiem, ile tomów będzie mieć Nikita) nabrałam apetytu na coś innego. Leciutkiego, zabawnego, kryminalnego i osadzonego w rzeczywistości bardziej niż UF.

Dwa – w ramach researchu mogłam spędzać mnóstwo czasu na oglądaniu seriali kryminalnych. Znalazłam czas na obejrzenie wszystkich ekranizacji Christie, które kiedykolwiek nakręcono (albo ich zdecydowaną większość). Widziałam wszystkie Poiroty i Miss Marple. Potem dorzuciłam do kociołka „Morderstwa w Midsomer” – bo nie ma to jak trup na angielskiej prowincji. I „Verę" – bo trup ścielił się w pięknych okolicznościach przyrody. A skoro już jesteśmy nad morzem, to dorzućmy Wallandera. I ekranizacje Läckberg. Choć muszę przyznać, że Brytyjczycy uwodzili mnie skuteczniej – dowcipem i lekkością linii fabularnej, charakterami ekscentryków i pewną dozą sarkazmu, którą znalazłam czarującą.

O swoim pomyśle nieśmiało wspomniałam swojemu wydawcy, SQN-owi, a Przemek Romański powiedział: „Hej, fajnie, zrób z tym coś!”. Miałam więc kołaczący się pomysł, pamięć zapchaną brytyjskimi trupami i zielone światło. Czego chcieć więcej?

Zaproszenie do Biblioteki Miejskiej w Ustce przyszło jakoś pod koniec pracy nad redakcją powieści. Byłam wykończona i na myśl, że mam wsiąść do pociągu i jechać kilka godzin na spotkanie, byłam bliska drgawek. Ale małżonek zainterweniował, mówiąc: „Przynajmniej będziesz nad morzem. Przecież nic ci lepiej na głowę i drgawki egzystencjalnie nie robi niż morze”.

Więc się zgodziłam. Sprawdziłam połączenia i prawie znów zmieniłam zdanie, bo pięć godzin w autobusie jest nieco bardziej przerażające niż pięć godzin w pociągu. No ale morze. A poza tym już obiecałam. Nie lubię łamać danego słowa. Pojechałam. Traf chciał, że dotarłam na miejsce o 13.05, do spotkania w bibliotece miałam więc cztery godziny. Nic nie podejrzewając, przechadzałam się z plecakiem po uliczkach. Dotarłam do promenady i na plażę. To był chyba marzec. Było zimno. Wiało od morza. Nagle do mnie dotarło, że to miasteczko i ta plaża aż się proszą o trupa. To jest po prostu idealne miejsce!

Poszłam na spotkanie i nawet chyba nie bredziłam, choć przyznaję, że gdzieś z tyłu głowy cały czas obracały mi się trybiki wymyślacza fabuł i światów. I wiem, że gdy rzuciłam gdzieś pod koniec spotkania, że bardzo mi się Ustka podobała i mogłabym tu zamieszkać, mieszkańcy uznali, że ściemniam. Ot miłe słowa, które zwykle mówi się lokalsom. Tyle że ja nie jestem specjalistką od small talków. I mówiłam prawdę. Zakochałam się.

I choć sama ostatecznie tam nie zamieszkałam, zamieszkała tam moja nowa bohaterka. Przyszła niemal natychmiast, niemal gotowa, gdy tylko Ustka się umościła w mojej głowie. Tak miało być.

Pisałam Nikitę 2, czyli Akuszera Bogów, a w wolnych chwilach robiłam research do Ustki. Pisałam Witkaca 2, czyli Szamańskie tango, a w wolnych chwilach robiłam research do Ustki.

Odwiedzałam Ustkę, gdy tylko mogłam. Miałam twarde postanowienie poczuć to miasteczko o każdej porze roku, w różnym świetle, w różnych okolicznościach przyrody, z różnym nasileniem ruchu turystycznego. A Ustka wspomagała mnie intensywnie w realizacji planu – jak inaczej wyjaśnić ten śnieg w maju, jak nie próbą przyspieszenia mojej wizji lokalnej czterech pór roku?

Zrozumiałam, że moja miłość jest zaborcza, kiedy pierwszy raz pojawiłam się w Ustce w szczycie sezonu. Jak ja nienawidzę turystów! Jak oni mi przeszkadzali! Jak bardzo zmieniali moje miasteczko, moją plażę, mój falochron, moją kładkę. Bo wszystko to było moje, moje, moje. Pewnie naprawdę bym się przeprowadziła, gdyby nie mąż (rozsądek zewnętrzny, przypominający mi, ile jeżdżę po Polsce i jak ciężko się wydostać z Ustki, jeśli się nie ma prawa jazdy) i gdyby nie myśl, że przez pół roku musiałabym znosić turystów. Nie, siebie do turystów nie zaliczałam. Adaptowałam się.

Podczas każdej wizyty miałam szczęście do ludzi. Umówiłam się na rozmowę z lokalnym komendantem policji i trafiłam na świetnego, elokwentnego i sympatycznego faceta, który spokojnie mógłby być bohaterem mojej książki. Rozmawiałam z kelnerkami z ulubionej kawiarni. Bibliotekarki i bibliotekarz pomagali mi gromadzić materiały i odpowiadali na przeróżne pytania. Zbłądziłam we wszystkie miejsca, w które powinna zbłądzić Garstka, i wszędzie spotykały mnie miłe i dobre rzeczy. Albo takie, które się proszą o uwzględnienie w fabule.

Powieść z założenia miała być leciutka jak ptasie mleczko, czasem słodka i zabawna, czasami wzruszająca, malowana jasnymi kolorami. Ot, rozrywka na wakacje. Z czasem rzeczywistość trochę do niej przesiąkła. Tak się złożyło, że pisałam Trupa na plaży… w jednym z najtrudniejszych okresów dla kobiet w Polsce. A tak się składa, że nie jestem wieżą z kości słoniowej.

A któregoś dnia, nie wiem, dlaczego akurat wtedy, przypomniało mi się spotkanie sprzed dwóch czy trzech już lat. W Poznaniu, po prelekcji, na korytarzu przed salą czekała na mnie kobieta. Nieco starsza ode mnie, drobna, nieco spłoszona i skrępowana. W szarym płaszczu i szaliku sprawiała wrażenie zahukanej. Zapytała, czy możemy chwilę porozmawiać. Rozglądała się dookoła, jakby spodziewała się, że ktoś nam zaraz przeszkodzi. Poszłam z nią w boczny korytarzyk, przeczuwając przez skórę Historię. Coś w jej oczach, ruchach, uśmiechu, który znikał, nim na dobre rozkwitł, podpowiadało mi, że to nie jest trema czytelniczki. Że stoi za tym coś więcej.

Gdy byłyśmy już same, kawałek od reszty świata, zamknęła oczy i zaczęła mówić. O córkach, piętnastoletniej i sześcioletniej. O tym, że piętnastolatka przyniosła moją pierwszą powieść, a potem następne. O tym, że je czytała, gdy tylko córka kończyła. I że były dla niej wspaniałym azylem, w którym mogła się schronić przed bólem i strachem. Jeszcze nie zdradzała szczegółów, ale zaczęłam przeczuwać, co usłyszę, i żołądek skurczył się z nerwów. Tak więc córka przyniosła pierwszy tom, potem kolejne. A potem był czwarty… Kobieta zaczyna płakać. Wyciągam do niej ręce, a ona się cofa i mnie przeprasza – przecież nie przyszła płakać. Przyszła, by mi powiedzieć, że zmieniłam jej życie.

Bo gdy czytała czwarty tom i doszła do sceny, w której mała dziewczynka w nocy, po śniegu, w samych skarpetkach, biegnie po pomoc dla mamy, którą bije ojciec… nagle zrozumiała. To mogło być jej dziecko. Jej sześcioletnia córka. Bo u nich w domu też tak jest. I ona… ona myślała, że to dotyczy tylko jej. Że obroni córki przed razami i krzykiem, więc są bezpieczne. I nagle to małe wilcze szczenię, wystraszone, ale przecież odważne i silne, otworzyło jej oczy.

Wierzcie mi, nie było mi łatwo pisać tamtą scenę. Pisałam, płacząc. Ale nie tak, jak ona płakała, czytając. I nie, nie zmieniłam jej życia. Po prostu pozwoliłam jej poczuć strach sześcioletniej dziewczynki, która wie, że musi uratować swoją matkę. Mimo to poczułam dumę. Bo może i piszę powieści rozrywkowe, ale ktoś czerpie z nich siłę i odwagę, ktoś dzięki nim lepiej zrozumiał siebie. To jest ważne. A więc moja praca jest ważna.

Tamta kobieta opowiedziała mi o obdukcji, rozwodzie, schronisku i pomieszkiwaniu u rodziny i znajomych, o strachu i o wolności, w którą wreszcie uwierzyła. Nie znam jej imienia. Nie wiem, gdzie mieszka ani kim jest. Ale ona też we mnie coś zmieniła. Bo zaczęłam marzyć o świecie, w którym nie dochodzi do takich tragedii, a jeśli dochodzi, to nie są zbywane, lekceważone, a ofiary nie zachowują się, jakby miały powód do wstydu, i ich nie ukrywają. Marzyłam o Przystani, w której takie kobiety poczułyby się bezpiecznie i znalazłyby wsparcie. I może właśnie dlatego, gdy odwiedziłam jedno z najbardziej uroczych miasteczek w Polsce, pomyślałam o tamtej kobiecie, jej piętnastoletniej córce i sześciolatce, która już nie musi w skarpetkach, po śniegu, biec po pomoc. Kolejny element układanki wskoczył na swoje miejsce.

Mam nadzieję, że spodoba Wam się Ustka i spotkani tam ludzie – Garstkowie i nie tylko. Ja bawiłam się tam znakomicie. I nie wykluczam, że jeszcze niejeden trup przed nami... Hipotetyczny, Panie Komendancie.


Pokaż wszystkie teksty publicystyczne.
Komentarze
Autor:  Aneta |  wypowiedzi: 21  [pokaż ostatnią] Odpowiedź
książek: 135
matram
03-01-2018 12:18
Wczoraj wróciłam ze świąteczno-sylwestrowego wypoczynku w... Ustce. Otwieram lubimyczytać i na pierwszej stronie tytuł tekstu "Wszystkie drogi prowadzą do Ustki" - PRZEZNACZENIE! Dodaję na półkę "chcę przeczytać" i robię polowanie w księgarni.
Jak jest Ustka, to musi być dobre :)
książek: 12
Aneta
03-01-2018 17:45
:) rok temu spędzałam sylwestra w Ustce :D
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 123
Gin
07-01-2018 14:52
Nawet jeśli książka nie zapoczątkowuje jakiś życiowych rewolucji w człowieku, to czasami wystarczy, że wzbudzi małą nieśmiałą myśl, że jednak czasem coś dobrego jeszcze się wydarza. Nawet jeśli to tylko miły czas spędzony na lekturze. Czasem to więcej, niż można by prosić. Czasem to ratuje. Dziękuję.
książek: 76
fidessmj
10-01-2018 20:31
Zaczynam odliczać do momentu jak książka wpadnie w moje łapki :)
Jak urlop to Ustka :) i to nie w sezonie ;)
Połączenie idealne?- Mistral+Twoja książka :)
książek: 50
Nathien
18-01-2018 18:00
"Moja" już zamówiona :) I coraz bardziej nie mogę się doczekać!
książek: 622
Anna
13-04-2018 17:31
Nie ma lepszej reklamy niż ten tekst :) Pozdrawiam!
Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie

Opinie czytelników


O książce:
Tatuażysta z Auschwitz

Tatuażysta z Auschwitz jest jedną z tych książek, obok których nie można przejść obojętnie. I nie chodzi tu jedynie o niezwykłą historię i świadectwo...

zgłoś błąd zgłoś błąd