Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Lubimyczytać.pl Sp. z o.o
http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/publicystyka/8932/o-life-hamletingu

O life hamletingu

Autor: 
50 wartościowy tekst

Choć to szaleństwo, lecz jest w nim metoda.

Słowa, słowa, słowa wprowadzenia

Na pewno każdy z nas spotkał się ze zjawiskiem life hackingu, choć niekoniecznie o nim słyszał. W dużym skrócie hakowanie życia to worek, w którym mieszczą się wszystkie sztuczki, tricki, umiejętności, jakie zwiększają produktywność i wydajność w każdej niemal dziedzinie życia. Jak zaparzyć herbatę, która za każdym razem będzie łechtać podniebienie? Jak wybrać wygodne miejsce w samolocie? Jak oszczędzać 20% swoich zarobków? Jak usunąć wgniecenie w karoserii? Jak być bardziej wydajnym podczas lunchu? Jak przeżyć za 2 zł dziennie?

Worek jest bardzo pojemny, pełen rozmaitości, a nawet osobliwości. W końcu mieści całe life, całe życie, a co dziedzina, co aktywność, co przejaw życiowy, to instrukcja obsługi. Instrukcja na wszystko, jak szybciej, łatwiej, efektywniej, instrukcja for dummies a’la skręt stołka z IKEI.

Teraz wejdźmy w patetyczny ton i zadajmy sobie wyniosłe pytanie: czy istnieje coś takiego, jak instrukcja na życie? Odpowiedź jest prosta: jasne! Żyjemy w społeczeństwie (znów szczypta patosu), w którym każdy jest lub aspiruje do bycia inżynierem, coachem, trenerem, treserem, trendsetterem, pole dancerem, influencerem, a najlepiej C-E-O. Każdy chce mieć ciało od skalpela jak Ewa Ch. albo Kim K. albo inna gwiazda, każdy chce zarządzać swoim życiem, jak projektem, każdy chce odrobiny sławy, każdy chce sukcesu, motywacji, szczęścia, nowego Apple’a, itd. Każdy chce wiedzieć jak to osiągnąć. Każdy wierzy w instrukcje i każdy stosuje się do nich bez mrugnięcia. Każdy. Każdy? Każdy.

Nie każdy. Jest pewna grupa indywiduów, dziwaków, które niestety nie potrafią ślepo podążać za złotymi tips&tricks armii coachów, za poradami rodziców i znajomych, aby iść w IT, bo tam to się zarabia, świat otwarty i przyszłość pewna. Są to ludzie, którzy nie potrafią posługiwać się instrukcją z IKEI, bo zrobią z niej samolot, albo złożą stołek po swojemu i wyjdzie piękny, ogrodowy flaming. Ci ludzie, te monstra, to przeważnie humaniści, studenci i absolwenci biedronkowych studiów – nie bójmy się political correctness! – dokładnie tak, to pasjonaci kierunków i zainteresowań powszechnie uznawanych za biedronkowe. Sztuka, literatura, film, teatr, socjologia, generalnie humanizm - mógłbym tak wymieniać, a każde słowo, to jeden więcej kasjer pełen pasji, zmotywowany inwentaryzator, bezrobotny z powołania.

Jest to rzecz jasna gargantuiczne uogólnienia, ale wciąż!, oni – a raczej: my, żyjemy w społeczeństwie. I w starciu ze społeczeństwem, z oczekiwaniami rodziny, telewizji, Instagrama, w zderzeniu z kredytem, z armią kotów do wykarmienia, raz po raz potykamy się, ponosimy klęskę. Powód? Czyn nie jest naszą domeną. Jak Hamlet zwlekamy z podjęciem jakiejkolwiek decyzji, wahamy się i teoretyzujemy. Wieczne niezdecydowanie nie jest wynikiem tchórzostwa. Posiadamy niezwykle wrażliwą osobowość, która sprawia, że przeżywamy wszystko dwa, a nawet pięć razy silniej. Jesteśmy wzgardzeni, nieproduktywni. Rozdarci. W wielu sytuacjach życiowych reprezentujemy typową postawę bohatera hamletycznego.

W niniejszym cyklu chciałbym przybliżyć tragizm naszej sytuacji, a nawet, opracować swoisty poradnik, jak w normalnych sytuacjach życiowych, jak w zderzeniach z mottami propagan…pardon, szkoły sukcesu zachować się jak typowy humanista-hamlecista. Nie oferuję rozwiązań, a analizę przypadków, od znalezienia się w sytuacji totalnego obciachu, po niezdolność wzięcia na wiarę i klatę wykładów Briana Tracy.

Gotowy? Zatem podejdź bliżej i sięgnij do worka z rozmaitościami life hamletingu. Zajrzyj w ciemność, w głąb króliczej nory. Śmiało.

#1 SYNTETYCZNE RAMY OBCIACHU

Być albo nie być, oto jest pytanie.

Nie raz, nie dwa, a wręcz wielokrotnie, codziennie i z wszystkich stron jestem zaszczuwany informacją, żebym nie garbił się, nie awanturował, a przyoblekł twarz w uśmiech, rozproszył wokół siebie mgiełkę z pozytywnych feromonów i prezentował się z najlepszej możliwej strony. Prezentował właśnie, jakbym znajdował się na ważnym spotkaniu biznesowym, albo na scenie, albo, w ostateczności, przed telewidzami, którzy łakną wiedzy o tym, czy będzie słonko, czy deszcz i ile hektopaskali. Oczywistym jest, że w czasach postprawdy ważniejsze od cukierka jest opakowanie, a więc powierzchowność i prezentacja. Mogę pokusić się o stwierdzenie, że wręcz żyję w wieku autoprezentacji, w którym – jak każdy – mam być swoją osobistą marką, powinienem ostrożnie dobierać otoczenie do zdjęć, ubiór, a nawet znajomych, ale – sekret i magiczne słowo klucz – muszę być w tym autentyczny. W końcu codziennie i w każdej sytuacji zawodowej, towarzyskiej, a nawet prywatnej sprzedaję się. Jak marka, jak towar, jak garść turbo zdrowych jagód goji. Sprzedaję się w CV, sprzedaję się moim znajomym, sprzedaję się w tramwaju, a nawet, kiedy kupuję, to znaczy ktoś mi coś sprzedaje. Jak w poniższej historii.

Sobota rano (godzina czternasta) pani za ladą popularnej sieci, ja z uśmiechem wiejskiego przygłupa (pozytywne wrażenie), między nami jogurt. Sytuacja obopólnej sprzedaży. Żeby podkręcić wrażenie autoprezentacji i sprzedaży staram się wyglądać normalnie, a więc i normalnie ubierać. Słowem, jestem obleczony w marki, aczkolwiek dla stonowania siły rażenia, marki przeplatają no name’y. Markowy but, podobnie koszula, okulary przeciwsłoneczne, spodnie niekoniecznie, a skarpetki to już w ogóle głęboki dyskont. Pani skasowała, podała cenę, zapłaciłem kartą zbliżeniową – choć, paradoksalnie, nie zbliża relacji, a wręcz nadaje wygodnie automatycznego dystansu między klientem, a kasjerem nie trzeba patrzeć w oczy, - kasa wypluła paragon, pani wypluła standardową formułę grzecznościową, ja wyplułem standardową grzeczność, coś o życzeniu ekscytującego dnia, mówienie językiem korzyści, te sprawy i zakończyliśmy naszą wspólną sytuację egzystencjalną.

W drodze powrotnej rozmyślałem nad hiperrealizmem i wesoło machałem siatką. Byłem tak zamyślony, że dopiero po kilku minutach zdałem sobie sprawę, że coś jest nie tak. Najszybciej zaczęła reagować wytatuowana młodzież, puszczali mi kpiące spojrzenia. Potem przyszła kolej na młode matki – pośpiesznie przechodziły na chodnik po drugiej stronie drogi. Długonogie studentki krzywiły się na mój widok i nagle cały świat zaczął patrzeć na mnie z rezerwą, pogardą i współczuciem. No, może poza starszymi ludźmi – ci zaczęli obdarzać mnie ciepłym uśmiechem, a jeden pan w mocno podeszłym wieku nawet poklepał mnie po ramieniu. W mgnieniu oka poczułem się wykluczony z jednego świata, na rzecz tego mniej atrakcyjnego. Coś było nie tak. Coś z moją autoprezentacją. Wtem…Olśniło mnie w momencie! Siatka z biedry! Zapomniałem przepakować…

Zatrzymałem się, oblał mnie zimny pot. Przez dobrą minutę patrzyłem tępo w to coś wiszące na mojej dłoni. Jak mogłem być tak głupi? Zawsze przepakowuję zakupy przed wyjściem z dyskontu, zawsze wkładam towar do materiałowej fancy pro-eko taśki. Ale dzisiaj stało się inaczej, zapomniałem wziąć jej z mieszkania. I cóż miałem zrobić? Schować się w bramie i przeczekać do zmroku? Pozbyć się zakupów? Udać, że to nie moje, że się przypałętało? Nie, te wszystkie rozwiązania wydawały się haniebne. Postanowiłem toczyć dalej ten głaz, jak Syzyf i ruszyłem w dalszą drogę.

Gdyby, chociaż Lidl! Alma! Piotr i Paweł! Ale… Biedronka? Wszyscy wiemy, jakimi przymiotnikami promieniuje ta marka, a epitety te krążą wokół jednego słowa: obciach. Co z tego, że co drugi z nas robi tam zakupy – jawnie lub ukrycie, a kto chociaż raz nie pochylał się nad jogurtem Tola, nie przemierzał półek z mega rabatami, nie nabywał kiełbas czy brykietu do majówkowego grilla, nie uczestniczył w festiwalu cielęciny albo nie raczył się wybornym winem poniżej 20 złotych, które gdzie indziej kosztuje pięć dych (co najmniej) – ten niech pierwszy rzuci mięsem. Mógłbym posunąć się do jeszcze radykalniejszych sądów – z zakupami w tym dyskoncie jest, jak z oglądaniem pornografii: niby nikt nie ogląda, ale liczby wyświetleń sięgają milionów. Wstydliwy temat, te zakupy, wiem, ale ktoś powinien go poruszyć. A skoro i tak siatka załamała połowę mojego wizerunku, cóż mam do stracenia. Dokończę historię.

Sunąłem powoli, krok po kroku, jakby obarczony wielkim ciężarem, czułem ich spojrzenia. Czułem, jak mój wizerunek, moja autoprezentacja, moje marki i pozytywny cool look sprzedażowy rozsypuje się, pokrywa się pęknięciami, jak rzeczywistość w filmach Davida Lyncha. I, podobnie jak u Lyncha, spod tej powierzchowności wyłania się inna, mroczniejsza tkanka. Z bycia oskarżanym stałem się oskarżającym, z ofiary drapieżnikiem. Wyprostowałem się, a z każdym krokiem wracała pewność siebie. Moje otoczenie drgnęło. Spodziewali się, że ucieknę z ich pola widzenia z tą siatą, a nie – zacznę się pysznie z nią prezentować. Tak zrobiłem – zacząłem nieść siatkę z dumą, a nawet z niejaką pychą. W jednej chwili zrozumiałem, że wszyscy jesteśmy zanurzeni w tym procederze taniego kupna i ukrywania się ze źródłem nabycia, że promieniujemy markami, ale dziura w skarpetce potrafi zniszczyć latami budowany wizerunek, że wszyscy na mnie spode łba, ale ja już dobrze wiem, co mają w lodówkach! W tym krótkim momencie iluminacji zrozumiałem, że liczy się prawdziwa autentyczność, i to, co mam w środku, (ale nie w klatce piersiowej, a w siatce) i, że jak nie włożę zakupów do lodówki, dotknie mnie niepowetowane marnotrawstwo. Z autentycznym nieudawanym błogostanem wyzwolenia na twarzy wróciłem do mieszkania, spacerem i naokoło, wróciłem też do rozmyślań o hiperrealizmie. Kwadrans później założyłem skarpety do sandałów, rozsiadłem się wygodnie z jogurtem Tola w fotelu i poczułem, że wreszcie jestem w domu.


Pokaż wszystkie teksty publicystyczne.
Komentarze
Autor:  Ahsan |  wypowiedzi: 32  [pokaż ostatnią] Odpowiedź
książek: 321
Karma
04-07-2017 20:59
DIY, CEO, multitasking, lifehacks, lajki, folołersi i technologiczne nowinki, które usypiają społeczeństwo
-
a tu ja, jest spoko
książek: 5131
Ytr0001
04-07-2017 21:05
Jakież to było genialne! Mimo stosowania siatek z materiału, wprawdzie nie tego pro-eko, tylko takiego sztucznego trochę (w sumie trochę plastikowego), mających takie materiałowe torebeczki od wewnątrz, tak że siatkę można zwinąć i włożyć do tej torebeczki, łączę się w bólu czy też dumie, bowiem nie wiem czy to nie jest równie obciachowe, pardon, hamleckie, jak siatki z Biedronki, zwłaszcza... Jakież to było genialne! Mimo stosowania siatek z materiału, wprawdzie nie tego pro-eko, tylko takiego sztucznego trochę (w sumie trochę plastikowego), mających takie materiałowe torebeczki od wewnątrz, tak że siatkę można zwinąć i włożyć do tej torebeczki, łączę się w bólu czy też dumie, bowiem nie wiem czy to nie jest równie obciachowe, pardon, hamleckie, jak siatki z Biedronki, zwłaszcza gdy idzie się na zajęcia, bo robiło się zakupy na okienku i z siatki z całą okazałością i świeżością sterczy dumny Szczypiorek. :P Zajęcia zupełnie nie humanistyczne - studenci innych uczelni i kierunków również cierpią, choć, trzeba przyznać, bywają w cierpieniu odosobnieni. ;)
pokaż więcej
książek: 47
Ula
04-07-2017 22:37
Super! Świetny język, ciekawy styl no i poważny problem, opisany zabawnie i lekko. Czekam na więcej :)
książek: 479
Hana
05-07-2017 13:31
"W drodze powrotnej rozmyślałem nad hiperrealizmem i wesoło machałem siatką." - zazdroszczę, ja siatkami nie macham bo ciężkie jak diabli a i o hierrealizmie nie myślę bo planuję jakieś przyziemne, domowe zajęcia typu, co na obiad, acha jeszcze muszę wyprasować białą koszulę i iść z kotem do weterynarza i, żebym tylko nie zapomniała umówić wizyty u dentysty! Przychodzi taki czas, że... "W drodze powrotnej rozmyślałem nad hiperrealizmem i wesoło machałem siatką." - zazdroszczę, ja siatkami nie macham bo ciężkie jak diabli a i o hierrealizmie nie myślę bo planuję jakieś przyziemne, domowe zajęcia typu, co na obiad, acha jeszcze muszę wyprasować białą koszulę i iść z kotem do weterynarza i, żebym tylko nie zapomniała umówić wizyty u dentysty! Przychodzi taki czas, że przestajesz się sprzedawać i dlatego masz w nosie opakowania a, że łapiesz również dystans do siebie, możesz się nawet pokazać „na mieście” w stroju niedbałym, nawet z siatką z biedry w ręku. Ekscentryczna/y jesteś. Po okresie sprzedawania się przychodzi okres udawania, że udało nam się dobrze sprzedać. Udajesz również, że masz w nosie jak cię widzą inni i to, co o tobie mówią. Jednym to udawanie wychodzi lepiej, innym gorzej.Są tez tacy co nie udają,ale są w mniejszości.
pokaż więcej
książek: 66
Kinga
05-07-2017 16:22
"Czekam na wiecej tekstow w tym stylu!" oh, wait, był już milion tekstów w tym stylu.
ludzie mają prawdziwe problemy, jak np. chore na serce dziecko, a nie kolejny prekariusz płacze o siatkę z biedry. dystans i może idź do uczciwej pracy, jak nie masz na jogurt, a nie piszesz książki, których nikt nie czyta, więc dla popularności trzeba walnąć bekowy artykuł i zostać nowym make life harder....
"Czekam na wiecej tekstow w tym stylu!" oh, wait, był już milion tekstów w tym stylu.
ludzie mają prawdziwe problemy, jak np. chore na serce dziecko, a nie kolejny prekariusz płacze o siatkę z biedry. dystans i może idź do uczciwej pracy, jak nie masz na jogurt, a nie piszesz książki, których nikt nie czyta, więc dla popularności trzeba walnąć bekowy artykuł i zostać nowym make life harder. słabizna
pokaż więcej
Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie

Opinie czytelników


O książce:
Ciało

Dzisiaj Gillian Callahan jest elegancką, pewną siebie młodą kobietą. Pracuje w fundacji wspierającej kobiety w trudnej sytuacji życiowej i całkowicie...

zgłoś błąd zgłoś błąd