Lubimyczytać.pl Sp. z o.o
http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/publicystyka/8067/mikolajki-i-inne-chlopaki

Mikołajki i inne chłopaki

22 wartościowy tekst

Fredzia zwana Kubusiem

Nasz mały Czytelnik lub Czytelniczka rośnie i sięga po książeczki z postaciami sympatycznymi i łatwo rozpoznawalnymi, także dzięki ekranizacjom czy adaptacjom, nie wspominając o komercyjnym wykorzystaniu ich wizerunku na zabawkach, ubraniach czy przedmiotach codziennego użytku. Jedną z klasycznych postaci znanych chyba przez dzieci na całym świecie jest Kubuś Puchatek. Kwestia książeczek z tym bohaterem nie już jednak tak oczywista, bowiem z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że nasze maluchy swoje pierwsze spotkanie z Misiem o Bardzo Małym Rozumku zawdzięczają małym książeczkom z przygodami Puchatka wydanym przez The Walt Disney Company, inspirowanym filmami z tym bohaterem wyprodukowanymi pod auspicjami tej największej na świecie mediowej korporacji (więcej informacji na ten temat znajdziecie w tym artykule). Dopiero po pewnym czasie mają okazję poznać oryginalne historie o mieszkańcach Stulimowego Lasu, słuchając Kubusia Puchatka i Chatki Puchatka czytanej przez rodziców czy dziadków. Kanoniczne tłumaczenie obu książek autorstwa Ireny Tuwim powstało w 1938r. i doczekało się do tej pory kilkudziesięciu wznowień. Zwroty wymyślone przez tłumaczkę (np. małe Conieco, Miś o Bardzo Małym Rozumku itd.) weszły do języka potocznego, a tekst książki w niezmienionej wersji łączy kolejne pokolenia miłośników przygód Puchatka i jego przyjaciół. Mało kto jednak wie, że Irena Tuwim, siostra poety Juliana Tuwima, była nie tylko doskonałą tłumaczką, ale także poetką i autorką książek dla dzieci, a jej przekłady obu książek A. A. Milne’a o przesympatycznym misiu są spolszczeniem, a nie wiernym tłumaczeniem oryginału. Pisarka przyjęła za priorytet dążenie do domestykacji tekstu czyli przybliżenie go czytelnikowi poprzez odwołania do realiów, zwrotów czy nazw znanych małemu miłośnikowi książek z doświadczenia i otaczających go warunków społeczno-kulturowych. Inne założenie miała Monika Adamczyk-Garbowska, zwolenniczka tłumaczenia dosłownego, która pokusiła się o własny przekład dzieła A.A. Milne i udostępniła je polskim czytelnikom. Książka, która ukazała się w 1986r. i nosiła tytuł Fredzia Phi-Phi, spotkała się z małym zainteresowaniem fanów Puchatka, doczekała się za to licznych tekstów krytycznych autorstwa badaczy literatury dla dzieci i przekładoznawców. Przeczytanie i porównanie obu tłumaczeń prowadzi do kilku wniosków. Tekst Ireny Tuwim jest lżejszy, bardziej zabawny i melodyjny (tłumaczenia wierszyków) niż ten autorstwa Moniki Adamczyk-Garbowskiej, przez co bez wątpienia okazuje się być przystępniejszy i bardziej przyjazny dla dzieci. Pierwsza z tłumaczek zastosowała wiele zdrobnień, których nie było w oryginale (np. imię chłopca – Krzyś, w oryginale – Christopher Robin) oraz autorskich ingerencji w test – w niektórych miejscach pominęła fragmenty, w innych rozwinęła niektóre sceny. Spójrzmy na zamieszczone niżej zestawienie najbardziej jaskrawych różnic w obu przekładach, dotyczące przeważnie nazw – postaci i miejsc, ale także i przyzwyczajeń (posiłków):

Kubuś Puchatek

tł. Irena Tuwim

Fredzia Phi-Phi

tł. Monika Adamczyk

Kubuś Puchatek

Fredzia Phi-Phi

Prosiaczek

Prosiaczek

Kłapouchy

Iijaa

Mama Kangurzyca

Mama Kanga

Maleństwo

Mały Gurek

Krzyś

Krzysztof Robin

Sowa / Sowa
Przemądrzała

Sowa

Królik

Królik

małe Conieco

coś niecoś

Miś o Bardzo Małym Rozumku

Niedźwiedź w ogóle bez Rozumu / Niedźwiedź o Bardzo Małym Rozumku

łasica i lis

Łysica i Łesica

Stumilowy las

Stuakrowy Las

Pierwsze pytanie, jakie od razu się nasuwa, brzmi: dlaczego Kubuś został Fredzią? W rzeczywistości powinniśmy sobie jednak postawić pytanie odwrotne, bowiem zgodnie z zamysłem autora książki miś nosi imię Winnie-the-Pooh czyli dosłownie Winia-Phi. Imię Winnie-the-Pooh czyli misia płci męskiej, który nosi dziewczęce imię, powstało z zestawienia imienia Winnie - niedźwiedzicy z londyńskiego zoo, którą syn autora książki Christopher Robin często odwiedzał - oraz imienia łabędzia Pooh. Zgodnie z relacją A. A. Milne’a imię ptaka zostało wymyślone po to, by w przypadku gdyby zawołany nim łabędź nie podpłynął, udać, że wcale wołającemu na kontakcie nie zależy i powiedzieć: „Pooh”! Słówko to wyraża pewną nonszalancję lub lekceważenie, a jego polskie odpowiedniki to „phi” lub „fiu”. Z uwagi na to, że Winnie to zdrobnienie od Winifredy, tłumaczka wybrała imię Fredzia Phi-Phi, choć równie dobrze mogłaby to być Winia Fiu. W czasach, gdy o gender nikt nawet nie słyszał, autor książki chciał uzyskać efekt zadziwienia i zaintrygowania czytelnika absurdem nazwania misia-chłopca żeńskim imieniem. Jedno jest pewne – bez względu na to, które tłumaczenie wydaje się nam ciekawsze, warto wiedzieć o istnieniu obu, tym bardziej, że wśród licznych przykładów różnych imion tytułowego bohatera książki w kolejnych przekładach jest to, zdaje się, jedyny w historii literatury przypadek nie tylko całkowitej zmiany imienia i przydomku, ale także zmiany rodzaju nazwy postaci z żeńskiej na męską (a może odwrotnie)!

Fizia wycina Pippi (numery)

Nasz mały Czytelnik i Czytelniczka rosną i z coraz większą ciekawością rozglądają się za bohaterami literackimi, które nie są już tak słodkie i grzeczne. Klasyczną postacią o ognistym temperamencie oraz odmiennym zdaniu niż dorośli jest Pippi. Ta zwariowana antybohaterka literacka, którą świat poznał w 1945 roku, została stworzona przez Astrid Lindgren, zainspirowaną przez córkę. Dziesięcioletnia Karin leżała chora w łóżku i marudziła, by mama opowiedziała jej historyjki o Pippi Långstrump. Wymyślone imię stanowiło zabawnie zniekształcony fonetycznie przez dziewczynkę z gorączką tytuł książki Jean Webster (oraz powstałych na jej podstawie sztuki i filmu amerykańskiego) Daddy Long Legs (polski tytuł Tajemniczy opiekun), które w tamtym czasie podbiły publiczność w USA i Europie. Pierwsza ekranizacja książki powstała w 1919r., a w rolę małej, rozbrykanej anarchistki nie mającej ani ojca, ani matki wcieliła się Mary Pickford. W 1935r. odbyła się premiera drugiej wersji, tytułową bohaterkę grała zaś Shirley Temple, która na plakacie filmowym stała obok konia*****. Wszystko to zainspirowało Lindgren do stworzenia charakteru rudej dziewczynki, półsieroty obdarzonej nadludzką siłą i łamiącej wszelkie zasady dobrego wychowania. Postać ta znana jest w naszym kraju pod trzema różnymi nazwiskami: Fizia Pończoszanka (całkowicie spolszczone nazwisko, pełna wersja Fizilotta Viktualia Firanella Złotmonetta Pończoszanka), Pippi Pończoszanka (kompromis między nazwiskiem szwedzkim i polskim, w pełnym brzmieniu Pippilotta Wiktualia Firandella Złotomonetta Pończoszanka) oraz Pippi Långstrump (nazwa oryginalna). Dwa pierwsze funkcjonują jako warianty tytułu i imienia bohaterki w różnych wydaniach książki z tekstem tej samej tłumaczki Ireny Szuch-Wyszomirskiej, ostatnie znamy z popularnego i w naszym kraju serialu (emisja w polskiej telewizji w latach 70. i 80.)

Pippi stanowiła twardy orzech do zgryzienia dla tłumaczy w Polsce, ale także w innych krajach europejskich. Trudność nie polegała bynajmniej na kwestiach lingwistycznych czy narodowych tylko… pedagogicznych. Jak przełożyć ciekawą książkę o dziecku notorycznie niesłuchającym dorosłych, mającym inne zdanie niż oni na każdy temat, nie przestrzegającym zasad dobrego zachowania a nawet zachowującym się i wypowiadającym niezwykle prowokacyjnie tak, by dzieci zainteresować, ale nie podsunąć im niewłaściwych wzorców? Wielu tłumaczy nie znalazło idealnego rozwiązania tego dylematu, zadowalając się kompromisowym. Pierwsze tłumaczenie Pippi na język francuski ukazało się w 1951 roku, ale wydawnictwo usunęło wiele kontrowersyjnych fragmentów, natomiast pozostała część została tak zmodyfikowana, by nie zawierać prowokujących ani anarchistycznych treści. Nowe przekłady bez skrótów ukazały się dopiero w 1995r. Pippi Pończoszanka na rynku niemieckim ukazała się w 1949 roku i w pierwszych wydaniach niektóre fragmenty zostały usunięte z książki. W poprzednim roku książka została znów ocenzurowana, tym razem w jej ojczyźnie, z powodu politycznej poprawności. W Szwecji usunięto z najnowszych wydań stwierdzenie, że tata Pippi jest „królem murzyńskim” i przemianowano go na „króla mórz południowych”. Z tego samego powodu ocenzurowano także serial o przygodach Pippi, z którego usunięto dwie sceny: wypowiedź Pippi o tacie, który jest „murzyńskim królem” i drugą, kiedy pokazując jak wyglądają Chińczycy naciąga sobie skórę wokół oczu.

Polskie wydanie w przekładzie Ireny Szuch-Wyszomirskiej z 1961 roku było dość wierne oryginałowi, ale także niepełne – usunięto niektóre sceny, w tym rozmowę Fizi (później Pippi) z nauczycielką, której dziewczynka ofiarowuje złoty zegarek w zamian za pozwolenie na nie chodzenie do szkoły. Nauczycielka oburzona odmawia i wtedy dziecko zapewnia ją, że jeśli nie przyjmie prezentu to będzie codziennie zachowywać się w szkole tak jak wcześniej tego dnia. Przerażona kobieta kapituluje i bierze zegarek sugerując by dziewczynka wróciła do szkoły… gdy będzie trochę starsza. Chyba nie dziwi Was już, drodzy Czytelnicy, obawa wydawców przed demoralizującym wpływem powyższej sceny na nasze niewinne, kochające szkołę dziatki. Do tej pory nie ukazało się pełne polskie wydanie książki o Pippi.

Na Czereśniowej mieszka panna Agnieszka

Najczęstszym zabiegiem stosowanym przez tłumaczy polskich w XIX w. i przez większość wieku XX było spolszczanie imion bohaterów, czasem także nazwisk. Obecnie stosuje się je głównie w literaturze dziecięcej i czasem młodzieżowej, gdzie nazwisko często jest znaczące i pełni określoną funkcję (np. ma śmieszyć), w książkach dla dorosłych pozostawiając raczej oryginalne imiona i nazwiska postaci. Praktyka ta wydaje się całkiem naturalna i nie budzi większych zastrzeżeń pod warunkiem, że ingerencja tłumacza nie jest zbyt daleko idąca. Nie razi zatem Ania z Zielonego Wzgórza (oryg. Anne of Green Gables), Alicja w Krainie Czarów (Alice in Wonderland), Piotruś Pan (Peter Pan; natomiast aż do 2014r. Wendy pozostała niezmieniona, zaś nazwanie jej przez Władyslawa Jerzyńskiego Wandą nie spodobało się czytelnikom), Mikołajek (Le Petit Nicolas) czy Fizia Pończoszanka (Pippi Långstrump), ale zastąpienie Olivera Twista czy Harry’ego Pottera odpowiednio Oliwierem Kręćkiem i Heniem Garncarzem zgrzytałoby nam w uszach i ustach. Wiele lat temu nagminną praktyką było jednak masowe udomawianie imion zagranicznych w utworach dla młodszych czytelników za wszelką cenę. W przypadku, gdy brakowało w polszczyźnie odpowiednika imienia bohatera, tłumacz sam wybierał zamiennik sugerując się m. in. jego podobną popularnością, zabawnością czy wywoływanym wrażeniem. Stąd główne postaci książki Błękitny Zamek L.M. Montgomery: Valancy Stirling oraz Barney Redfern otrzymują w pierwszym polskim przekładzie imiona (odpowiednio) Joanna oraz Edward, Rachel Linde z Ani z Zielonego Wzgórza przez wiele lat znana jest jako Małgorzata Linde, zaś siostry March z Małych kobietek otrzymują w najstarszym przekładzie imiona Małgosia, Eliza, Amelka i Ludka (oryg. Meg, Beth, Amy and Jo). Czasem jednak decyzje tłumaczy były zaskakujące – w czterech pierwszych tomach przygód Mary Poppins w tłumaczeniu Ireny Tuwim, publikowanych w latach 1938 – 1963 główna bohaterka nosi imię Agnieszka, nazwiska zaś nie posiada. W następnych latach w tym samym przekładzie postać odzyska swoje oryginalne personalia.

Mikołajki to inne dzieciaki

Zdarza się czasem, że kupujemy czy wypożyczamy określony tytuł i z przyjemnością zanurzamy się w lekturze znanej nam historii. Po pewnym czasie orientujemy się jednak, że coś jest nie tak. Okazuje się, że czytamy nie oryginalny tekst znanego nam autora, tylko adaptację jego dzieła. Pół biedy, jeśli po prostu przeoczyliśmy brak nazwiska twórcy na okładce i stronie tytułowej. Sytuacja jednak gmatwa się, gdy nazwisko oryginalnego twórcy tam, owszem, figuruje, ale na którejś z kartek znajdujemy dopisane małym drukiem nazwisko autora adaptacji. Bywa jednak i tak, że nasze poszukiwania okazują się daremne, a mamy pewność, że to nie oryginał… Wbrew pozorom nie zawsze jest to wina wydawcy polskiego, czasem przeoczenie (lub celowe wprowadzenie w błąd) wynika z nieuważności lub niekompetencji wydawcy oryginału i zostaje powielone przez oficynę publikującą tłumaczenie. Nieszczęście do tego rodzaju praktyk mają zwłaszcza „Alicja w Krainie Czarów”, „Pinokio”, „Robinson Crusoe” czy „Podróże Guliwera”. Dodatkowe zamieszanie wprowadzają wydawnictwa publikujące serie w rodzaju Czytamy w oryginale, gdzie zamiast kanonicznego tekstu znajdziemy adaptacje i to niekoniecznie udane.

Kwestia celu i sensu publikowana adaptacji znanych książek wciąż jest dyskutowana. Najczęściej publikacja taka stanowi próbę przybliżenia skomplikowanej czy trudnej - na poziomie języka – historii małym lub młodym czytelnikom. Warto pomyśleć, co zostaje gdy tekst jest znacznie okrojony, wątki poboczne usunięte, a styl ulega całkowitej zmianie. Czy to wciąż jest ta sama historia i bohaterowie?

Bywa jednak i tak, że powstają książki, które nawet nie próbują udawać czegoś innego, a są po prostu nastawionymi na komercyjny zysk publikacjami pakietowymi (do kompletu z filmem i gadżetami) inspirowanymi adaptacjami, głównie ekranizacjami. Z sytuacją taką mamy do czynienia w przypadku wspominanych już książeczek o Kubusiu Puchatku spod znaku Disneya, a także wydawanymi przez Znak Emotikon książkami o Mikołajku. Ostatnie dzieła, w przeciwieństwie do pierwszych, odwołują się jednak nieco na wyrost do nazwisk oryginalnych twórców cyklu książek o Mikołajku – Goscinny’ego i Sempégo. Siłą dzieł tego niepowtarzalnego duetu twórczego był język – narratorem był sam Mikołajek, a jego opowieści były zabawne, bogate w charakterystyczne powiedzonka (np. No bo co w końcu, kurczę blade), wracające jak refren powtórzenia i kończyły się nieoczekiwanymi puentami, a wszystko to okraszone było niepowtarzalnymi ilustracjami Sempégo. W nowych książkach o Mikołajku nie znajdziemy żadnego z tych elementów, są one za to wygładzone, przesłodzone i napisane tak prostym językiem, że powstaje pytanie o sensowność ich czytania, tym bardziej że czasem wolumin jest obszerniejszy od oryginału, co podważa często przytaczane uzasadnienie o dostosowaniu tekstu do młodego czytelnika. W rezultacie otrzymujemy teksty, które najprościej będzie określić następująco: mało jakoś Mikołajka w tym Mikołajku.

W tajemniczym ogrodzie słów

Na najdziwniejszą sytuację dotyczącą przekładów natkniemy się studiując różne polskie wydania Tajemniczego ogrodu F. H. Burnett. Książka ukazała się w naszym kraju w sześciu przekładach, każdy z nich jest inny, co oczywiste, ale jeden jest wyjątkowy. Zdarzyć się może, że ten sam tekst tłumaczenia funkcjonuje w dwóch wariantach z uwagi na pojawiające się po dłuższym czasie korekty autorskie czy drobne uściślenia. Rzadko jednak lub nigdy nie ma miejsce wypadek, by przekład jednego autora liczył osiem czy dziewięć wariantów, a tak się stało w odniesieniu do tekstu przygotowanego przez Jadwigę Włodarkiewicz w 1914r. Z uwagi na to, że tłumaczenie to wciąż jest wznawiane przez różne oficyny wydawnicze (ostatnie wznowienie ukazało się w bieżącym roku) wymaga redakcji i opracowania, stąd aż tyle jego odmian. Porównajmy kilka z nich dla przykładu, zestawiając je także z oryginałem. Poniżej zamieszczono tytuł pierwszego rozdziału i pierwsze zdanie książki.

There Is No One Left

When Mary Lennox was sent to Misselthwaite Manor to live with her uncle, everybody said she was the most disagreeable-looking child ever seen.

Nie został nikt przeł. Jadwiga Włodarkiewicz, oprac. Iwona Fedan, Zielona Sowa, 1998

W chwili gdy Mary Lennox została wysłana do Misselthwaite Manor, aby zamieszkać tam przy wuju, twierdzono ogólnie, że było to najniesympatyczniejsze dziecko, jakie kiedykolwiek widziano.

Nikt nie został przy życiu przeł. z roku 1914 Jadwiga Włodarkiewicz, oprac. Izabella Korsak, Nasza Księgarnia, 1996

Kiedy Mary Lennox została wysłana do Misselthwaite Manor, gdzie miała zamieszkać w domu wuja, twierdzono ogólnie, że jest to najbardziej niesympatyczne dziecko, jakie kiedykolwiek widziano.

Nikt się nie ostał przeł. Jadwiga Włodarkiewicz, opracowanie i redakcja Maria Zagnińska, GREG, 2016

W chwili, gdy Mary Lennox została wysłana do Misselthwaite Manor, ażeby zamieszkać tam przy wuju, twierdzono ogólnie, że jest to najniesympatyczniejsze dziecko, jakie kiedykolwiek widziano.

Nikt nie został przy życiu przeł. Jadwiga Włodarkiewiczowa, redakcja Paulina Wierzbicka, Tomasz Zysk, Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2015

Kiedy Mary Lennox została wysłana do Paszkociego Dworu, gdzie miała zamieszkać w domu wuja, prawie wszyscy twierdzili, że jest najbardziej niesympatycznym dziecko, jakie kiedykolwiek widziano.

Ciekawe co by na to powiedziała sama autorka, zwłaszcza gdyby zobaczyła nazwę domostwa Misselthwaite Manor przemianowaną w ostatnim cytacie na Paszkocie Dwór. W kontekście powyższego znacznie łatwiej zrozumieć polonistów i bibliotekarzy powtarzających z uporem maniaka, żeby, poza nazwiskiem tłumacza, podawać zawsze wydanie, wydawnictwo i rok ukazania się książki, prawda?

Ekscentryczna czytelniczka Ania

Czy może nas coś zaskoczyć w przekładzie tak znanego dzieła jak „Ania z Zielonego Wzgórza”? Nikt chyba nie odpowiedziałby twierdząco do momentu, aż okaże się, że utwór, który zna kilka już pokoleń Polaków, jest wersją skróconą, a raczej tekstem w powycinanymi fragmentami. Cały, kompletny tekst książki w nowym, uwspółcześnionym przekładzie Pawła Beręsewicza opublikowano w 2012 r. (wydanie drugie poprawione w 2014r.) zachwyca podczas lektury lekkością, mnóstwem detali dotyczących życia Ani przed przyjazdem na Wyspę Księcia Edwarda, szczegółami życia jej mieszkańców, nieobecnym nigdzie indziej mottem na początku książki oraz bogactwem przypisów (gł. cytatów z książek), dzięki którym możemy nie tylko inaczej spojrzeć na główną postać, ale także docenić erudycję autorki oraz bez trudu odnaleźć źródła cytatów. Ania wyłaniająca się z tej książki jest mniej egzaltowana i sentymentalna, a bardziej oczytana i nietuzinkowa jako postać.

Książę w Krainie Czarów z Małą Alicją

Najwięcej zawirowań związanych z przekładem spotkało dwa tytuły, stanowiące ogromne wyzwanie dla tłumaczy. Mowa o „Małym Księciu”, który doczekał się już szesnastu przekładów na język polski oraz o „Przygodach Alicji w Krainie Czarów” znanych w czternastu polskich tłumaczeniach. Z uwagi na to, że jest to temat – rzeka, a nawet doskonały obszar do napisania badawczej pracy doktorskiej (a może nawet habilitacyjnej) na kilkaset stron, zapraszam do zapoznania się z ciekawszymi kwestiami przekładu obu tytułów w poświęconych im monograficznych artykułach Czternaście odcieni księcia oraz Perypetie z przekładem Alicji.

Mała Dorrit w Błękitnym Zamku

Miłośników prozy L. M. Montgomery zadziwić może informacja, że „Ania z Zielonego Wzgórza” to nie jedyny tekst ich ulubionej autorki potraktowany po macoszemu. Sposób potraktowania „Błękitnego Zamku” tejże autorki przez tłumacza Karola Borawskiego, którego tekst ukazał się premierowo w 1926r., wciąż pozostaje dla wielu czytelników zupełnie niezrozumiały. Przekład pełny Joanny Kazimierczyk opublikowało mało znane wydawnictwo Novus Orbis w 1993 roku i przeszedł on prawie niezauważony aż do wznowienia w 2013r. przez Egmont, które wywołało gorącą dyskusję wśród fanek pisarki, nie zdających sobie wcześniej sprawy, że czytają okrojoną wersję (159 stron do 280 w nowym wydaniu oraz 342 w tłumaczeniu Agnieszki Kuc). W międzyczasie pojawiły się także kolejne tłumaczenia.

Niektóre czytelniczki z powodów sentymentalnych, ale może i logicznych, krytykowały nowe tłumaczenie twierdząc, że niektóre żarty i idiomy przetłumaczono zbyt wiernie, przez co tracą na wyrazistości. Argumentują także, że niektóre decyzje pierwszego tłumacza uważają za bardziej uzasadnione - przezwisko Joanny/Valancy brzmiało w starszej wersji Buba, dlatego łatwo zrozumieć niechęć 29-latki do tego określenia. W nowszym tłumaczeniu rodzina woła ją Doss, co w języku polskim brzmi neutralnie. Ciotka Tekla ze starszego wydania w nowym tłumaczeniu zostaje kuzynką Stickles, co – choć zgodne z oryginałem – nie wzbudza w czytelniczkach aż takiej niechęci.

Najbardziej zdumiewa jednak casus jednego ze sztandarowych dzieł Charlesa Dickensa, książki „Mała Dorrit” przeznaczonej dla dorosłych czytelników. Opasłe dzieło w dwóch tomach, trudne w lekturze (zwłaszcza do połowy pierwszego woluminu) nawet dla zagorzałych miłośników talentu angielskiego giganta literatury, liczy sobie w pełnym wydaniu polskim, w przekładzie Wacławy Komarnickiej, łącznie 70 rozdziałów i 946 stron (wydanie z 1983r. nakładem Czytelnika) lub 1069 stron (wydanie z 1958r. tegoż wydawcy). Tymczasem znajdziemy wydanie z 1949 roku (Wydawnictwo J. Przeworskiego), które obejmuje 55 rozdziałów na 484 stronach. Wydawca jest jednak na tyle uczciwy, że na stronie tytułowej zaznacza: opracowała dla młodzieży Zofia Popławska, zaś wnikliwe przeglądnięcie tomu pozwala stwierdzić, że jest to tekst pełen skrótów, ale oddający styl i ducha tekstu Dickensa. Zupełnie inaczej ma się sprawa z dwoma publikacjami „Maleńkiej Dorrit” (zmiana tytułu ma być może sugerować młodszego czytelnika) z 1993 i 2016 r. (odpowiednio: Siedmioróg i Wydawnictwo MG) w tłumaczeniu Cecylii Niewiadomskiej. Wydania, liczące sobie 32 rozdziały, 190 i 286 stron, zostały opracowane tak, że zaburzono chronologię wydarzeń, usunięto część postaci drugoplanowych i zredukowano wiele wydarzeń tak, że część z nich istnieje tylko w opowieści wkładanej, niezgodnie z zamysłem autora, w usta różnych bohaterów. Dla osoby nieznającej pełnej wersji jest to tylko ciekawa, ale uboga w szczegóły opowieść, natomiast dla wielbiciela dickensowskiego pióra to zbrodnia na tekście i zarżnięcie finezji opowieści. W prozie Charlesa Dickensa najbardziej fascynują bowiem: jego niepodrabialny, kwiecisty styl, genialna psychologia postaci czyli umiejętność naszkicowania w jednej powieści kilkudziesięciu wyrazistych indywiduów poprzez ich powiedzonka, opis wyglądu czy charakterystyczne zachowania oraz wielkość postaci i wątków, doskonale kontrolowana i prowadzona przez autora. W tych najbardziej okrojonych wersjach utworu nie ma nawet śladu po żadnych z tych elementów pojawia się zatem pytanie - co komu przyjdzie z poznania tak okaleczonej i mało urodziwej opowieści?

Tekst ten nie wyczerpuje tematu przekładów kanonu literatury dla dzieci i młodzieży. Z uwagi na zainteresowania, możliwości poznawcze oraz dyspozycje czasowe autorka poniższych słów z przyjemnością przeczytałaby analogiczny wywód na temat przekładów Tolkiena, C.S. Lewisa i innych słabo jej znanych tuzów światowej literatury. Może ktoś z Was przyjmie to wyzwanie?

Jowita Marzec

Czy zdarzyło się Wam przeczytać lub kupić książkę, która po bliższym poznaniu okazała się być nie tym, czego szukaliście? Co myślicie o adaptacjach i okrojonych wersjach znanych książek? Czy ich autorom te zabiegi przypadłyby do gusty czy nie? Zapraszam do dyskusji.

* Barańczak Stanisław, „Rice pudding” i kaszka manna: (o tłumaczeniu poezji dla dzieci), „Teksty: teoria literatury, krytyka, interpretacja”, 1975, nr 6 (24), s. 72 i 74

** Milne A. A., Wiersze dla Krzysia, wolny przekład z angielskiego Ireny Tuwim i Antoniego Marianowicza, il. Ernest H. Shepard, wyd. 3, Warszawa, Nasza Księgarnia, 1983, s. 13

*** Milne A. A., Kiedy byliśmy bardzo młodzi, przeł. Michał Rusinek, z oryg. il. Ernesta H. Sheparda ,Warszawa, Egmont Polska, 2005, s. 65-69

**** Milne A. A., Kiedy byliśmy bardzo młodzi, przeł. Zofia Kierszys, il. Ernest H. Shepard, Warszawa, Prószyński i S-ka, 1997, s. 65-69

***** Za: Oravsky V., Larsen K. P., Autor anonimowy, Od Astrid do Lindgren. Powieść biograficzna, Wołowiec, Wydawnictwo Czarne, 2009, s. 154


Pokaż wszystkie teksty publicystyczne.


Komentarze
Autor:  Róża_Bzowa |  wypowiedzi: 14  [pokaż ostatnią] Odpowiedź
książek: 1393
BlueSugar
12-12-2016 13:54
Jak zwykle śledzę z uwagą twoje artykuły o przekładach, gdyż to bardzo istotny temat, nie tylko z punktu widzenia polonisty-edytora, ale także z perspektywy czytelniczego pasjonata. Wiem, że nie należy ingerować w drastycznym stopniu w tekst i że należy być jak najbardziej wiernym intencji autora podczas wydawania książek, toteż czynem haniebnym jest dla mnie "okrajanie" książek. Z dzisiejszej... Jak zwykle śledzę z uwagą twoje artykuły o przekładach, gdyż to bardzo istotny temat, nie tylko z punktu widzenia polonisty-edytora, ale także z perspektywy czytelniczego pasjonata. Wiem, że nie należy ingerować w drastycznym stopniu w tekst i że należy być jak najbardziej wiernym intencji autora podczas wydawania książek, toteż czynem haniebnym jest dla mnie "okrajanie" książek. Z dzisiejszej perspektywy śmieszy mnie cenzurowanie Pippi pod względem poprawności politycznej, a także smuci fakt, że przez bardzo długi czas "Ania z Zielonego Wzgórza" istniała w świadomości czytelników w okrojonej wersji, bo jest to książka, do której mam sentyment. (Ostatnio na LC był test "jak dobrze znasz Anię z Zielonego Wzgórza" i dostałam w nim 9/10. Może by było 10/10, gdyby nie to, że na pytanie "Na co chorowała Minnie May" nie było odpowiedzi z przekładu, którego znam, bo w moim przekładzie chorowała ona na koklusz, a tej odpowiedzi nie było na teście. Spotkałam się także z odmiennym przekładem, co do tego, na co umarli rodzice Ani, bo raz umarli na tyfus, a innym razem na febrę.) Wniosek jest taki, że od teraz będę szukać tego konkretnego przekładu w księgarniach, bo mnie bardzo ciekawi i w pewien sposób rozwieje moje wątpliwości, co do niuansów tej książki.

Może nie jestem specjalistą od tłumaczeń, ale również chętnie przeczytałabym artykuł o przekładach Tolkiena, choć o ile pamiętam, to chyba coś takiego już się tu pojawiło. Jeśli nie, to byłby dobry pretekst do kontynuowania serii artykułów na LC o przekładach, bo Tolkien przecież też był tłumaczem, a jego przekład "Beowulfa" w wydaniu dwujęzycznym ukazał się na polskim rynku.
pokaż więcej
książek: 1349
Monika
15-12-2016 02:32
Z tym wydaniem dwujęzycznym "Beowulfa" wcale nie jest tak wesoło, jak mogłoby być. Po przeczytaniu "Upadku króla Artura" w podobnym wydaniu mam niejakie wątpliwości co do kompetencji tych tłumaczek. Co oczywiście nie przeszkadza cieszyć się wersją angielską, a polskiej używać wyłącznie jako podręcznego słowniczka przy co trudniejszych fragmentach. Działało w przypadku "Upadku...",... Z tym wydaniem dwujęzycznym "Beowulfa" wcale nie jest tak wesoło, jak mogłoby być. Po przeczytaniu "Upadku króla Artura" w podobnym wydaniu mam niejakie wątpliwości co do kompetencji tych tłumaczek. Co oczywiście nie przeszkadza cieszyć się wersją angielską, a polskiej używać wyłącznie jako podręcznego słowniczka przy co trudniejszych fragmentach. Działało w przypadku "Upadku...", niestety w "Beowulfie" mamy dwie opowieści (oprócz tego komentarz krytycznoliteracki chyba przebijający je objętością), pierwszą jest sam poemat i ten faktycznie wydany jest dwujęzycznie, czyli w przekładzie Tolkiena na względnie współczesny angielski i przekładzie tegoż przekładu na polski (brakuje mi trochę oryginału, ale wiem, że "Kto by to przeczytał???"), natomiast drugą opowieść stanowi wersja tej samej historii przedstawiona nie jako wysoka literatura, ale jako prosta opowiastka ludowa - i tu problem, dostajemy wyłącznie polski przekład! Poczułam się oszukana i odłożyłam książkę na później, aż mi złość przejdzie.
pokaż więcej
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 337
miharu
13-12-2016 18:04
"Niedźwiedź w ogóle bez Rozumu"
Jak to niesympatycznie brzmi!

A co do imienia Kubusia, to nie wiem, czy jest to AŻ tak dziwne, że misiek ma damskie imię. U nas też mężczyzna może mieć na imię Maria, tyle że na drugie (na pierwsze zapewne nie wolno). ;

"Rachel Linde z Ani z Zielonego Wzgórza przez wiele lat znana jest jako Małgorzata Linde"

Ooo... a ja naiwnie zawsze sądziłam, że to jest...
"Niedźwiedź w ogóle bez Rozumu"
Jak to niesympatycznie brzmi!

A co do imienia Kubusia, to nie wiem, czy jest to AŻ tak dziwne, że misiek ma damskie imię. U nas też mężczyzna może mieć na imię Maria, tyle że na drugie (na pierwsze zapewne nie wolno). ;

"Rachel Linde z Ani z Zielonego Wzgórza przez wiele lat znana jest jako Małgorzata Linde"

Ooo... a ja naiwnie zawsze sądziłam, że to jest prawdziwe imię bohaterki. ;)

Wygląda na to, że z literaturą dla dzieci można robić, co się żywnie podoba. Można wycinać fragmenty, zmieniać nazwy i imiona, dodawać postacie, skracać, spolszczać, cenzurować, dostosowywać do "ducha czasu" i realiów czytelnika. Tylko... co pozostaje z oryginału i czy tłumacz ma prawo do takich zniekształceń?

Niezwykle ciekawy artykuł, zawiera masę informacji. Dowiedziałam się nowych rzeczy, o których nie miałam bladego pojęcia. Zasłużony plus dla bardzo pracowitej autorki. +
pokaż więcej
książek: 6315
Róża_Bzowa
13-12-2016 21:19
Dziękuję za dobre słowo :-)
Zebranie tych wszystkich informacji, a niekiedy ponowna lektura, zajęło mi kilkanaście dobrych tygodni. Mam taką zasadę, że z napisanego tekstu, podobnie jak czytelnik, powinnam także dowiedzieć się czegoś nowego.
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 628
AnakinQ
14-12-2016 10:47
O przekładach można napisać dużo i z sensem, jak widać na tym przykładzie. Mimo dużej ilości informacji zabrakło mi opowieści o przekładach Hobbita i Władcy Pierścieni. To był mój pierwszy raz, kiedy spotkałem się z różnymi tłumaczeniami, kiedy tak bardzo w oczy rzuciły się różnice. Dla mnie osobiście ikoniczne było i jest tłumaczenie Hobbita Marii Skibniewskiej. Przekładu Pauliny Braiter nie... O przekładach można napisać dużo i z sensem, jak widać na tym przykładzie. Mimo dużej ilości informacji zabrakło mi opowieści o przekładach Hobbita i Władcy Pierścieni. To był mój pierwszy raz, kiedy spotkałem się z różnymi tłumaczeniami, kiedy tak bardzo w oczy rzuciły się różnice. Dla mnie osobiście ikoniczne było i jest tłumaczenie Hobbita Marii Skibniewskiej. Przekładu Pauliny Braiter nie czytałem - podobno jest bliższy oryginałowi. Co do Władcy Pierścieni, to czytałem go w tłumaczeniu, a jakże, Marii Skibniewskiej. Niestety, moje oczy nadal bólem reagują na wspomnienie tłumaczenia Jerzego Łozińskiego - na szczęście przeczytałem tylko kilkanaście stron i oddałem do biblioteki. Porównanie tłumaczeń można znaleźć m.in. tutaj: http://www.tolkien.cyberdusk.pl/index.php?tlu
pokaż więcej
książek: 1349
Monika
15-12-2016 02:57
Mnie oczy najpierw zabolały przy "Diunie", więc do "Władcy pierścieni" zajrzałam dobrze już przygotowana na wszystko, co pan Łoziński potrafi najlepiej, tylko po to żeby sprawdzić, czy był w swojej najlepszej formie, kiedy to popełniał i oczywiście odrzuciło mnie już na pierwszej stronie. Słyszałam jednak, że jest to tłumaczenie bardzo wierne (poza kłującym w oczy radosnym słowotwórstwem),... Mnie oczy najpierw zabolały przy "Diunie", więc do "Władcy pierścieni" zajrzałam dobrze już przygotowana na wszystko, co pan Łoziński potrafi najlepiej, tylko po to żeby sprawdzić, czy był w swojej najlepszej formie, kiedy to popełniał i oczywiście odrzuciło mnie już na pierwszej stronie. Słyszałam jednak, że jest to tłumaczenie bardzo wierne (poza kłującym w oczy radosnym słowotwórstwem), więc od czasu do czasu kusi mnie, żeby przeczytać wersję z poprawionymi nazwami własnymi, bo po przeczytaniu oryginału przekonałam się, że kanoniczne tłumaczenie Skibniewskiej, na którym się wychowałam, też nie jest wolne od wad.
Ale to kiedyś, jak stosy zmaleją.

Przekładu "Hobbita" Pauliny Braiter też nie czytałam, ale ani trochę mnie nie ciągnie. Jakieś takie mam wrażenie wyniesione z innych próbek jej możliwości translatorskich, że jest bardzo nastawiona na młodego odbiorcę. Ilekroć trafiałam na jej tłumaczenie czegokolwiek, zawsze miałam wrażenie, że tekst jest ugrzeczniony, miejscami nawet infantylny, że w oryginale po prostu musiał być trochę ostrzejszy. Ale to tylko moje wrażenie, dowodów nie mam, nie porównywałam z oryginałami ani nawet z innymi przekładami, wrażenie wynika z tego, że kiedy czuję, że coś jest nie tak, że coś jakby jest posłodzone względem tego, co być powinno, to spojrzenie na stronę tytułową najczęściej ujawniało nazwisko Pauliny Braiter - tak ją zapamiętałam, dzięki sprawdzaniu, kto zrobił coś, co mi się nie podoba, bo dopóki czyta mi się dobrze, dopóty nie mam potrzeby przyglądać się nazwisku tłumacza - stąd najlepiej pamiętam zwykle tych, którzy mi podpadli.
pokaż więcej
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 1349
Monika
15-12-2016 02:14

wśród licznych przykładów różnych imion tytułowego bohatera książki w kolejnych przekładach jest to, zdaje się, jedyny w historii literatury przypadek nie tylko całkowitej zmiany imienia i przydomku, ale także zmiany rodzaju nazwy postaci z żeńskiej na męską (a może odwrotnie)!


Jeśli chodzi o bohaterów tytułowych lub głównych - być może. Ale w przypadku postaci mniej istotnych zdarza się nie...

wśród licznych przykładów różnych imion tytułowego bohatera książki w kolejnych przekładach jest to, zdaje się, jedyny w historii literatury przypadek nie tylko całkowitej zmiany imienia i przydomku, ale także zmiany rodzaju nazwy postaci z żeńskiej na męską (a może odwrotnie)!


Jeśli chodzi o bohaterów tytułowych lub głównych - być może. Ale w przypadku postaci mniej istotnych zdarza się nie tylko zmiana rodzaju samej nazwy, ale nawet zmiana płci! Przykładem niech będzie ropucha Teodora, która w oryginale była ropuchem Trevorem (HP) - aż czekałam żeby w którymś późniejszym tomie Trevor poderwał jakąś ropuszkę i żeby tłumacz musiał się nagimnastykować przy odkręcaniu tego, co zupełnie niepotrzebnie wymyślił!
pokaż więcej
książek: 1070
Tanczaca_z_Ksiazkami
20-12-2016 22:01
A swoją drogą, to zastanawiające, że Pippi występuje zarówno jako Långstrump jaki i Långstrumpf. Ja zawsze byłam przekonana, że to drugie, tymczasem po spytaniu gugla okazuje się, że częstotliwość obu wystąpień rozkłada się mniej więcej po równo z leciutką przewagą wersji bez "f" na końcu.
Ciekawa jestem skąd wzięła się ta rozbieżność.
Pozdrawiam, bardzo interesujący artykuł.
książek: 6315
Róża_Bzowa
20-12-2016 23:38
O!
Dziękuję za tę uwagę, dzięki niej mogę wyjaśnić moje drobne niedopatrzenie.

Przez cały czas wydawało mi się, że serial miał tytuł "Pippi Langstrumpf" (tak pamiętałam z czasów telewizyjnej emisji). Pisząc artykuł sprawdziłam jednak tę informację w Wikipedii i tam znalazłam, że "Pippi Långstrump", zatem taki tytuł figuruje w tekście.
Teraz jednak odkryłam, że na stronie Filweb serial...
O!
Dziękuję za tę uwagę, dzięki niej mogę wyjaśnić moje drobne niedopatrzenie.

Przez cały czas wydawało mi się, że serial miał tytuł "Pippi Langstrumpf" (tak pamiętałam z czasów telewizyjnej emisji). Pisząc artykuł sprawdziłam jednak tę informację w Wikipedii i tam znalazłam, że "Pippi Långstrump", zatem taki tytuł figuruje w tekście.
Teraz jednak odkryłam, że na stronie Filweb serial figuruje pod tytułem "polskiej emisji" czyli jako "Pippi Langstrumpf" (tak, jak pamiętałam).
Rozbieżność jest banalnie prosta do wyjaśnienia: serial był koprodukcją szwedzko-niemiecką. Po szwedzku tytuł filmu (i książki oraz nazwisko postaci) brzmi "Pippi Långstrump", a po niemiecku - "Pippi Langstrumpf" (bez kółeczka nad "a").

Nasuwa się zatem wniosek, ze polska Telewizja zakupiła serial od koproducenta niemieckiego.

Przesyłam uśmiechy
Róża
pokaż więcej
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie

Opinie czytelników


O książce:
A.B.C.

Ktoś próbuj zakpić z Herkulesa Poirot. Detektyw otrzymuje listy z informacją o miejscach zbrodni podpisane A.B.C. Morderstwa dokonywane są w dni opis...

zgłoś błąd zgłoś błąd