Lubimyczytać.pl Sp. z o.o
http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/publicystyka/5450/kurs-pisania-15---self-publishing-warto

Kurs pisania #15 - self-publishing – warto?

23 wartościowy tekst

Pisarz to maratończyk, a maratończycy często trafiają na tak zwaną ścianę. Pojawia się ona w okolicach trzydziestego kilometra – kończą się zapasy węglowodanów, a zaczynają się problemy. Na ten temat wciąż powstają całe gigabajty tekstów, ale nikt do końca go nie zgłębił. Znacznie łatwiej jest w przypadku tej naszej, pisarskiej ściany.

Nie mam na myśli blokady twórczej, bo ona właściwie nie istnieje. Jest tylko wytworem wyobraźni, reakcją obronną umysłu na deficyt pomysłów. Mówiąc więc o ścianie, mam na myśli ten moment, kiedy skończyliśmy pisać powieść, zredagowaliśmy ją, a potem pełni nadziei wysłaliśmy ją do wydawcy.

I nic.

Przez tydzień poziom węglowodanów utrzymuje się na przyzwoitym poziomie. Czekamy spokojnie, wszak trzeba dać redaktorowi czas, by zapoznał się z tekstem. Po dwóch tygodniach czujemy już pierwsze objawy odpływających sił – pojawia się zwątpienie. Trzeci tydzień to refleksja nad tym, czy w ogóle dobrze postąpiliśmy… a potem zaczynają schody. Tak skrzętnie odkładane przez nas pokłady nadziei wyczerpują się szybciej, niż zapas węglowodanów po trzydziestym kilometrze. I niejednego najdzie wtedy ochota, by spróbować innej drogi.

Jaka to droga? Na potrzeby tego tekstu pozwolę sobie potraktować szeroko pojęcie self-publishingu. Będzie się w nim mieściło tradycyjne samopublikowanie, zlecanie publikacji (druk na żądanie) i wydawanie za współfinansowaniem. Wszystkie te formy łączy to, że musimy zapłacić, by nasza książka się ukazała.

Jak wiadomo, w niektórych takie podejście budzi abominację. Twierdzą, że to nic innego, jak zapychanie rynku niedopracowanymi pozycjami, które nie miałyby szans, by ukazać się pod szyldem klasycznego wydawnictwa. Inni podkreślają, że to nowy trend, dający autorom wolność i swobodę, jakich nie zaznają przy współpracy z oficynami. Jak jest naprawdę? Trudno powiedzieć, bo wszystko zależy. Od książki, od autora, od jego podejścia i od partnerów, z którymi współdziała. Ten tekst nie będzie ani apoteozą, ani potępieniem self-publishingu – zamiast tego zastanowimy się nad tym, nad czym zastanawia się każdy maratończyk: warto?

Ale zacznę od impulsu, który sprawił, że w ogóle pomyślałem, by o tym napisać. Jakiś czas temu zapytano mnie w wywiadzie o to, co sądzę na temat samopublikowania czy wydawania ze współfinansowaniem. Moja rozmówczyni zauważyła, że zjawiska te prowadzą do przesycenia rynku – nowe pozycje wyrastają jak grzyby po deszczu, a często ilość nie przekłada się na jakość. I rzeczywiście coś w tym jest, bo niejednokrotnie bez trudu możemy zidentyfikować w księgarni tę książkę, którą autor wydał sam. Istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że nie urzeknie nas ona okładką, bo nie projektował jej Banachowicz, Panczakiewicz czy Dark Crayon. Poziom redakcji nie zawsze będzie stał na wysokim poziomie, bo trudno, żeby autor sam zatrudnił redaktorów, którzy normalnie pracują dla największych wydawnictw w Polsce. I w końcu sama promocja nie będzie tak zawrotna, jak w przypadku pozycji, w które pompuje się ogromne środki finansowe. Tak jest co do zasady – ale ponieważ od każdej istnieją wyjątki, przyjrzymy się kilku ciekawym przykładom.

Wieść niesie, że autorzy tacy jak John Grisham czy Tom Clancy zaczynali od samopublikowania. Trzeba to jednak włożyć między legendy – Grisham szedł utartą amerykańską drogą. Wynajął agenta, który po roku sprawił, że wydawnictwo Wynwood Press wydało „Czas zabijania” w nakładzie pięciu tysięcy egzemplarzy. Z Clancym było tak samo – nawet nakład był identyczny. Niektórzy twierdzą, że Stephena Kinga należy traktować jako self-publishera, ponieważ w 1962 samodzielnie opublikował swoje pierwsze opowiadania. Zwolennicy tej teorii przymykają jednak oko na to, że King miał wtedy piętnaście lat i publikacja to w tym przypadku słowo nieco na wyrost.

Biorąc pod uwagę rzesze self-publisherów, którzy odnieśli sukcesy, może dziwić, że wciąga się w te zastępy także autorów, którzy tam nie pasują. Wybierać w końcu jest z czego – zresztą sami zobaczcie.

Na początek weźmy K.A. Tucker. Baza Lubimy Czytać podaje, że jej książki przeczytało ponad tysiąc dwieście użytkowników, a przeczytać chce ponad trzy tysiące. Kanadyjka odniosła międzynarodowy sukces, a u nas pozycje spod jej pióra publikuje Wydawnictwo Filia. Zanim jednak zaczęto tłumaczyć jej książki na inne języki, Tucker publikowała samodzielnie poprzez Amazona. Wszystko zaczęło się od szeregu powieści z gatunku young adult, które sprawiły, że pisarka zyskała grono wiernych czytelników. Sytuacja trwała przez kilka lat, nim autorka nie zdecydowała się na napisanie powieści dla dorosłych czytelników. Książką szybko zainteresowała się jedna z największych oficyn na świecie – Simon & Schuster. K.A. Tucker podpisała kontrakt nie tylko na nią, ale także na kilka kolejnych części.

Kolejnym przykładem jest Lisa Genova, autorka bestsellerowego „Motyla”, który w tamtym roku doczekał się ekranizacji z Julianne Moore i Alekiem Baldwinem. Autorka, która może poszczycić się dyplomem z Harvardu, wydała swoją debiutancką powieść samodzielnie w 2007 roku. „Motyl” szybko zyskał taką popularność, że wydawcy nie mogli pozostać bierni – dwa lata później do Lisy Genovy zgłosił się przedstawiciel Simon & Schuster (polują na self-publisherów, czy jak?) i zaproponował współpracę. Jakie były jej owoce? Ponad dwumilionowy nakład, tłumaczenie na trzydzieści jeden języków i obecność na liście bestsellerów New York Timesa przez czterdzieści tygodni. Genova oczywiście nie osiągnęłaby tego publikując samodzielnie, ale z drugiej strony bez self-publishingu z pewnością nie trafiłaby na celownik tak dużego wydawnictwa. I może jest w tym coś symptomatycznego.

Nie inaczej było z Hugh Howeyem, który pewnego dnia zasiadł do pisania niezobowiązującego opowiadania. Stworzył je, a potem opublikował w tradycyjnej formie – odzew był jednak tak znikomy, że pisarz zwątpił w swoją pracę. Po jakimś czasie postanowił wydać opowiadanie przez platformę dla self-publisherów w Amazonie, co najpewniej wspomina teraz jako najlepszą decyzję w swoim życiu. Książka sprzedała się tak dobrze, że udało mu się nawet znaleźć brazylijskiego wydawcę, gotowego dokonać tłumaczenia i wprowadzić pozycję na swój rynek. Do Howeya zgłosiły się studia Fox i Lionsgate, by nabyć prawa do ekranizacji „Silosa”. Zaraz potem pojawili się nasi starzy znajomi – Simon & Schuster. Sam autor okazał się tak przywiązany do formy, która zapewniła mu sukces, że odrzucił siedmiocyfrową ofertę umowy w zamian za to, by zatrzymać pełne prawa do wydań elektronicznych (skończyło się więc na wynagrodzeniu sześciocyfrowym).

Na wzmiankę zasługuje także Amanda Hocking… choć nazwisko to absolutnie nic mi nie mówiło, dopóki nie zacząłem zgłębiać tematu. Okazuje się jednak, że to autorka szeregu niezwykle poczytnych książek z gatunku YA. Wydawała je samodzielnie, publikując wyłącznie jako ebooki. Nie brzmi to jak przyczynek do wielkiego sukcesu, a jednak Hocking zatrzęsła całym rynkiem wydawniczym. Jej książki sprzedały się w ponad milionowym nakładzie, a autorka zarobiła na nich dwa miliony dolarów, czyli mniej więcej siedem i pół miliona złotych. Tyle samo zapłaciło jej wydawnictwo St. Martin’s Press za podpisanie umowy na kolejne książki. Ci z Simon & Schuster tym razem chyba przysnęli.





Komentarze
Autor:  Remigiusz |  wypowiedzi: 28  [pokaż ostatnią] Odpowiedź
książek: 377
Lucyna
19-04-2015 18:43
Ten chomik nie jest zupełnie wyssany z palca, polska autorka Agnieszka Lingas-Łoniewska swoje pierwsze teksty publikowała właśnie tam. Mam pewne wątpliwości...czy tekst nie trafia wtedy w próżnię.
PS. Świetny kurs!
książek: 2396
Jagoda
19-04-2015 20:20
Dla mnie znakomitym przykładem pozytywnym s-p jest książka/ebook/audiobook Krzysztofa Spadło "Skazaniec. Na pohybel całemu światu". Chciałoby się, żeby wszystkie samodzielne wydania tak wyglądały. II tom już oczywiście ma wydawcę...
książek: 946
Beremis
20-04-2015 08:43
No właśnie, w całym tekście zabrakło mi polskich przykładów. Te podane przez autora wałkowane są już miliony razy. Coraz bardziej je odbieram jak zachwyt nad Michael Phelps i stwierdzeniem, że każdy może zdobyć tyle medali co on. No niby tak. Ale w Polsce? Jeśli w stanach odsetek odnoszących sukces SP jest tak niski, to jaki będzie w Polsce?
Nie jestem pewien, czy dobrze pamiętam, Joanna...
No właśnie, w całym tekście zabrakło mi polskich przykładów. Te podane przez autora wałkowane są już miliony razy. Coraz bardziej je odbieram jak zachwyt nad Michael Phelps i stwierdzeniem, że każdy może zdobyć tyle medali co on. No niby tak. Ale w Polsce? Jeśli w stanach odsetek odnoszących sukces SP jest tak niski, to jaki będzie w Polsce?
Nie jestem pewien, czy dobrze pamiętam, Joanna Łukowska, kiedyś wydała książkę w papierze, po jakimś czasie opublikowała ją jako ebooka w formie właśnie SP, który przebił popularnością papier. Chyba nawet przez pewien czas była na liście bestselerów empiku (ebooki), "Nieznajomi z parku" wyżej niż "50 twarzy Greya".
pokaż więcej
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 1
Bolanren
22-06-2015 16:35
Bardzo dobry artykuł. Ciekawy. Zgadzam się ze stwierdzeniem, że pisarzowi potrzebny chłodny osąd swojej pracy. Ten temat dobrze łączy się z zagadnieniami poruszonymi w "lekcji" 20-tej:-).
Znane mi publikacje selfy są dla mnie męczarnią. Oszczędności na korektorze oszczędnościami, ale niech pisarz się zastanowi zanim utopi w błoto kasę i pozostawi namacalny, kompromitujący dowód swej...
Bardzo dobry artykuł. Ciekawy. Zgadzam się ze stwierdzeniem, że pisarzowi potrzebny chłodny osąd swojej pracy. Ten temat dobrze łączy się z zagadnieniami poruszonymi w "lekcji" 20-tej:-).
Znane mi publikacje selfy są dla mnie męczarnią. Oszczędności na korektorze oszczędnościami, ale niech pisarz się zastanowi zanim utopi w błoto kasę i pozostawi namacalny, kompromitujący dowód swej grafomanii. Po co oni to robią? Aby zaistnieć? Bo zarobić z czegoś takiego trudno.
pokaż więcej
książek: 1
Bolanren
22-06-2015 19:55
Beremis to miłe z Twojej strony. Pięknie dziękuję. Z chęcią zapoznam się.
książek: 0
Justyna
16-02-2016 13:23
Wciąż chyba jest sporo za i przeciw, ale ja uważam, że to świetny sposób dla niezależnych autorów. Można mieć więcej do powiedzenia, na stronach jest jasno i przejrzyście ile co kosztuje, na rozpisani pl wszystko widać, do tego ma się większy wpływ nawet na okładkę, cenę... wszystko.
Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie

Opinie czytelników


O książce:
Skrytobójca Błazna

Już wiem że nie chce czytać nic więcej od tego autora. Po pierwsze książka jak by zaczyna się 3 razy. Wygląda to tak jak by autor po 50 stronach rozmy...

zgłoś błąd zgłoś błąd