Lubimyczytać.pl Sp. z o.o
http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/publicystyka/12662/pokolenie-stephena-kinga

Pokolenie Stephena Kinga

22 wartościowy tekst

Można gadać, co się chce, ale przed Stephenem Kingiem, tak jak i przed Pennywise'em, nie ma ucieczki. Dziecięce strachy po latach prześladują dorosłych i nie trzeba nawet sięgać po książki, aby poznać historie o nieumarłych kotach i morderczych klaunach. Bo mamy kino.

Dziecięciem będąc, przez całe lata myślałem, że Stephen King to jakiś facet z Hollywood, może reżyser, a może producent, bo był okres, kiedy mój ojciec nałogowo i hurtowo znosił z wypożyczalni kasety z „nowym filmem Kinga”. Jako że rodzice byli cokolwiek liberalni, jeśli chodzi o dobór oglądanych przeze mnie rzeczy, nie wyganiano mnie z pokoju, kiedy leciały horrory, nie musiałem iść spać, nie obejrzawszy do końca kolejnej taniochy o potworach granej po nocy, i nie zasłaniano mi oczu, jak pani na ekranie szła pod prysznic. Stąd adaptacje powieści i opowieści Kinga demoralizowały mnie od małego, na długo przedtem, zanim urocza pani bibliotekarka (będąca jedynym powodem, dla którego do tak zwanej osiedlowej chodzili ze mną koledzy z bloku) uznała, skądinąd błędnie, że jestem dość dojrzały, aby pozwolić mi brać książki z działu dla dorosłych. I tak właśnie na okładce jakiegoś wymiętego wycierusa, upchniętego na dolnej półce, zobaczyłem znane mi nazwisko. Zdziwiony, pojąłem, że z tym Kingiem (jak dziś pamiętam, że obok stał Lovecraft, po którego sięgnąłem sporo, sporo później, odkrywając zupełnie inny wymiar literatury) to chyba jednak jest nie tak, jak myślałem. Do stojącego przy drzwiach biureczka owej uroczej pani bibliotekarki podreptałem grzecznie z nieznanym mi tytułem – „Miasteczkiem Salem”.

Chciałbym powiedzieć, że lektura odmieniła moje życie, ale nie, bynajmniej, bo mój starszy brat nie miał zbyt dobrego zdania o nowo odkrytym przeze mnie mistrzu grozy, preferując, jako amator ciężkiego grania i lekkiego horroru, krwawe i nierzadko ociekające seksem literackie ekskursje takiego Mastertona. Stąd i ja, sugerując się jego opiniami, dłuższy czas spoglądałem na powieści Kinga niezbyt przychylnym okiem. Ale tylko mniej więcej do momentu, aż samodzielnie odkryłem „To” i „Misery”, które zamiotły mną podłogę. Co i tak nie zmieniło faktu, że przynajmniej do głębokiego liceum King istniał dla mnie przede wszystkim jako przedstawiciel medium audiowizualnego, dostawca treści dla kina. I dopiero kiedy moja świadomość czytelnicza osiągnęła wyższy poziom, zrozumiałem, że to nie tak, i doceniłem jego niewątpliwy kunszt. Z biegiem lat poznałem oczywiście pisarzy znacznie ciekawszych, ze sprawniejszym piórem, po prostu lepszych, choć niekoniecznie tak kusząco przystępnych, i moje zainteresowanie jego bibliografią ze zrozumiałych przyczyn zmalało. Lecz i tak za każdym razem, przy okazji premiery nowej książki Kinga, bez żalu odkładam aktualną lekturę i robię sobie chwilę przerwy na Króla.

Bo chyba żaden inny pisarz związany z gatunkiem grozy, może poza rzeczonym Lovecraftem, nie miał takiego wpływu na popkulturę i ukochane przeze mnie kino, które, co również zrozumiałem dopiero po osiągnięciu jako takiej dojrzałości, zrobiło z Kinga panią lekkich obyczajów. Rzecz jasna przesadzam dla czystego efektu publicystycznego, ale przypomina mi się przeczytana niegdyś wypowiedź autora, który zdziwił się niemożebnie, słysząc, że nakręcono ileś tam sequeli „Dzieci kukurydzy”, kiedy jego króciutkie opowiadanie ze zbioru „Nocna zmiana” dało się przeczytać podczas posiedzenia na toalecie. I nie budowałbym na bazie tej dykteryjki argumentu, że to, och, ach, dowód na prawdziwy geniusz Kinga, skoro z tych zaledwie kilkudziesięciu stroniczek dało się wycisnąć aż pierdylion adaptacji – nic bardziej mylnego. To jedynie świadczy o obrotności zarządzającego licencją i pewnym biznesowym cynizmie, choć nie jestem pewien, czy dzisiaj jeszcze kogokolwiek, tak jak mnie te ćwierć stulecia temu (z okładem), przyciągnie przed ekran sam napis „film oparty na motywach powieści Stephena Kinga”. Zdaję sobie sprawę, że może wybrałem złą porę na podobne wynurzenia, bo przecież od wczoraj hula już w kinach „To: Rozdział 2”, a ten pierwszy zarobił ponad siedemset amerykańskich baniek na całym świecie, co jest dla horroru wynikiem bodaj bezprecedensowym.

Pisząc te słowa, jestem jeszcze przed seansem, ale kilka tygodni temu miałem okazję zahaczyć o spotkanie z obsadą i obejrzeć parę scen, na których podstawie mogę wyciągnąć, rzecz jasna przedwczesną i, jak może się okazać, chybioną konkluzję, że będzie to jazda do potęgi. Pierwsi recenzenci narzekają co prawda na bolące po trzech godzinach seansu pośladki, a i sam obawiałem się tego, że reżyser Andy Muschietti zachłyśnie się sukcesem i przedobrzy, chcąc przebić samego siebie. Ale trzeba mu to oddać, że przynajmniej poprzednio sprawnie skompresował niełatwą przecież do przełożenia na film powieść Kinga i pozostał wierny nie tekstowi, a opowieści. A na to często sam zainteresowany się zżymał, mówiąc o filmach wyjętych z jego książek. Niemal legendarne są już przecież jego fochy na „Lśnienie” w ekranizacji Kubricka, ale King nigdy nie miał zbyt wysublimowanego gustu. Ba, namaszczona przez niego wersja telewizyjna, wyreżyserowana przez Micka Garrisa i niewolniczo trzymająca się powieści, okazała się zwyczajnym chłamem, a wyreżyserowane przezeń „Maksymalne przyspieszenie” przypadkiem kuriozalnym. Nie powiem, ciekawi mnie, jak King podchodzi do zbliżającej się adaptacji „Doktora Sen”, bo przecież już sam zwiastun wskazuje jasno, że będzie rypane z Kubricka, odtworzono nawet sceny z tamtego filmu i posłużono się oczywistymi cytatami. Dlatego zastanawiające jest, jak uda się połączyć adaptację drogiej pisarzowi książki, gdzie zawarł swoje osobiste boje z alkoholizmem, z tym kinematograficznym bękartem spłodzonym przez reżysera niekłaniającego się materiałowi źródłowemu. Ale to i tak będzie najmniejszy problem Kinga, bo wzmożone zainteresowanie Hollywood jego pisaniem, wynikające z komercyjnego (i, mniej, artystycznego) powodzenia filmu Muschiettiego, wygeneruje całą falę podobną do tej, która niedawno płynęła ze stolicy na Płock.

Chciałem nawet przywołać planowane na najbliższe miesiące i lata tytuły, ale jest tego tyle, że zrezygnowałem i posłużę się jedynie przykładem niedawnym, a mianowicie „Smętarzem dla zwierzaków”, który był mniej więcej tak samo cienki, jak lecący na napisach końcowych cover kawałka Ramones. Niby nic to dziwnego i powinniśmy byli zdążyć do tego przywyknąć, bo mój sentyment sentymentem, ale trzeba przyznać, że na jeden dobry „film Kinga” przypadały ze trzy szroty, albo i lepiej. Choć należy rzec uczciwie, że przez pierwszą dekadę adaptowania jego dzieł przez Hollywood miał praktycznie same świetne strzały, od frenetycznej „Carrie” Briana de Palmy i będącego mu po dziś dzień solą w oku „Lśnienia” aż do esencjonalnej „Christine” Johna Carpentera, poprzedzonej zresztą „Martwą strefą” Davida Cronenberga, twórcy ze środowisk niezależnych, który po raz pierwszy kręcił nienapisany przez siebie scenariusz. Pierwszoligowe nazwiska, pierwszoligowe filmy. Potem bywało różnie i, co znamienne, lepsze pomysły na adaptacje książek Kinga mieli z reguły reżyserzy, którzy sięgali po powieści stojące troszkę dalej od czystego horroru, dlatego pamięta się dzisiaj o „Stań przy mnie”, „Misery” czy „Skazanych na Shawshank”, a nie, dajmy na to, „Maglownicy”. Po części jest to zasługa lepszego materiału literackiego, a po części reżyserskiej finezji Roba Reinera i Franka Darabonta, którzy odnaleźli sposób na Kinga, wydobywając z jego prozy nostalgiczny obyczaj i rezygnując z nierzadko nieprzetłumaczalnej grozy. Nie chciałbym jednak wyciągnąć błędnego wniosku, że czystsze horrory są nieprzekładalne, bo przecież kłam takiej opinii zadają chociażby „Mgła”, „1408” czy niedawne produkcje Netflixa. Ale znowu, na każdy lepszy film przypada co najmniej kilka złych. A do tego mamy jeszcze seriale telewizyjne, do których, poza „Panem Mercedesem”, znacznie lepszym niż książki, nigdy nie miałem zbytniego przekonania. Może błędnie, ale to nie do końca moja działka.

A gdy tak patrzę na zarys fabuły nadchodzącego „Instytutu”, wydaje mi się, że sam mistrz horroru bacznie śledzi to, czym zachwycają się miliony, i podpatruje pewne rozwiązania z ekranu, bo fabuła zbliżającej się powieści jako żywo czerpie ze… „Stranger Things”. Które z kolei pełne było odniesień do dzieł mistrza horroru. Wnioski wyciągnijcie sami. Co będzie dalej? Powodzenie, jakim cieszy się „To”, wygenerowało opinie o renesansie Kinga, o kolejnej złotej erze adaptacji. I, jak mówiłem, choć historia uczy, że co druga będzie nadawała się jedynie do śmieci, to cieszy mnie to niezmiernie. Bo znowu, gdziekolwiek bym nie spojrzał, z którejkolwiek półki nie ściągnąłbym kasety… Rozmarzyłem się. Jeszcze raz. Którejkolwiek platformy streamingowej bym nie odpalił, tam mignie mi magiczny napis „na podstawie książki Stephena Kinga”, który pośrednio ukształtował mnie jako kinomana i czytelnika. Czyżby przyszedł czas na kolejne pokolenie?

Powiązane treści:
Upiorny księgozbiór Guillerma del Toro

W ten weekend premierę ma film, którego współautorem scenariusza jest Guillermo del Toro. Ile w tej postaci kryje się reżysera, a ile pisarza? Ile dojrzałego twórcy, a ile wiecznego chłopca? Sylwetce tego specjalisty od wszystkiego, co związane z fantazją, grozą i fantastyką, przygląda się Bartosz Czartoryski.



więcej
San Diego Comic-Con 2019 według mnie

W San Diego dopiero co zakończył sie Comic-Con, czyli wydarzenie, w którym chciałby wziąć udział każdy fan popkultury. Wiadomości o „Wiedźminie”, „Grze o tron” czy najnowszych adaptacjach komiksów spisywał dla nas Bartek Czartoryski. Przeczytajcie jego (subiektywną) relację. 



więcej
Kolejna książka Kinga zostanie zekranizowana

Powieści Stephena Kinga są bardzo lubiane przez filmowców – wiele z nich to niemal gotowy materiał na film. Regularnie w mediach pojawiają się więc informacje o kolejnych ekranizacjach. Najnowsza z nich będzie opierać się na książce, w której dziewięcioletnia główna bohaterka gubi się na Szlaku Appalachów. Rodzinna wycieczka zmienia się w koszmar, po którym nic już nie będzie takie samo…



więcej

Pokaż wszystkie teksty publicystyczne.
Komentarze
Autor:  Bartek |  wypowiedzi: 123  [pokaż ostatnią] Odpowiedź
książek: 10591
tsantsara
11-09-2019 15:52
Na stronach www można znaleźć zestawienia sfilmowanych dzieł Kinga - wygląda na to, że jest ich ponad 20... Obejrzałem z tego 5: Carrie (De Palmy, oczywiście), Lśnienie, Skazani na Shawshank, Zielona mila, Mroczna połowa - niektóre z nich wybitne. No i teraz obawiam się czytać. Na pewno nie chce mi się wracać do wątków, które znam z filmu, jeszcze w książce - choć wiem, że niekiedy ma to sens.... Na stronach www można znaleźć zestawienia sfilmowanych dzieł Kinga - wygląda na to, że jest ich ponad 20... Obejrzałem z tego 5: Carrie (De Palmy, oczywiście), Lśnienie, Skazani na Shawshank, Zielona mila, Mroczna połowa - niektóre z nich wybitne. No i teraz obawiam się czytać. Na pewno nie chce mi się wracać do wątków, które znam z filmu, jeszcze w książce - choć wiem, że niekiedy ma to sens. Często film jest dużo gorszy, bierze wszystko po łebkach - i jest innym rodzajem przekazu po prostu. Ale po filmie mnie to nie pociąga - mam wrażenie, że to historie jednorazowe. Może się mylę? Nie chcę się narażać fanom - wiem, że King ma ich bardzo wierną rzeszę, i ja to szanuję. Poza tym nie trzeba mnie bić, bo przeczytałem coś "Króla" i nawet mi się podobało (Tygrys tu, tygrys tam...). ;)) Ale też, przyznaję, nie miałem silnej potrzeby, by natychmiast sięgać po coś jeszcze. Może po prostu dlatego, że akcja lub tzw. "wciągalność" ma dla mnie w powieści znaczenie drugo- lub trzeciorzędne. Czy ktoś z Was czytał książkę Kinga po filmie - i było to dobre doświadczenie (nie chodzi mi o nieudane ekranizacje)?
pokaż więcej
książek: 727
Jagna
12-09-2019 11:29
Po obejrzeniu filmu czytałam To, Skazani na Shawshank, Ciało (film MEGA: Stań przy mnie) i chyba Łowcę snów, ale zupełnie nie załapałam wtedy, że znam już tę historię. Jakoś film wypadł mi z głowy. Czyli chyba nie był za specjalny :D
Ale za to jest mnóstwo świetnych ekranizacji po które sięgnęłam już po przeczytaniu i to jest fajne doświadczenie bo potrafią się kończyć zupełnie inaczej :)...
Po obejrzeniu filmu czytałam To, Skazani na Shawshank, Ciało (film MEGA: Stań przy mnie) i chyba Łowcę snów, ale zupełnie nie załapałam wtedy, że znam już tę historię. Jakoś film wypadł mi z głowy. Czyli chyba nie był za specjalny :D
Ale za to jest mnóstwo świetnych ekranizacji po które sięgnęłam już po przeczytaniu i to jest fajne doświadczenie bo potrafią się kończyć zupełnie inaczej :) Zresztą podobają mi się tylko te ekranizacje do których King się nie wtrącał :D
pokaż więcej
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 3630
czytamcałyczas
11-09-2019 21:00
Nie wiem,czy jestem Pokoleniem Kinga.Jeżeli,oto chodzi,że czytam.Kinga,to mogę być i pokoleniem Mastertona ,Cussler i Mroza./
książek: 727
Jagna
12-09-2019 11:10
Ja rozumiem to tak, że dorastając jako nastolatek zaczytywałeś się w jakimś autorze i "wychowałeś się" na jego książkach - ukształtowały Cię w jakiś sposób.
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 298
Agnesto
13-09-2019 10:44
co do ekranizacji powieś•ci Kinga, to nie widzę w nich arcydzieł. Jedynie "Skazani na Shawshank" są świetnie oddane (dużo robią dobrze zagrane role i świetni aktorzy) lecz horrory w oparciu o książki Kinga to czasem absurd kinowy... rzecz gustu w końcu
książek: 727
Jagna
13-09-2019 11:43
"Skazani..." to przecież nie jest horror, więc podążaj dalej w takim właśnie obyczajowym kierunku jeśli chodzi o ekranizacje: Dolores Claiborne, Stań przy mnie, Misery, Zielona Mila, 22.11.63 (serial), Czarny cadillac, Sekretne okno ;)
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 347
Jacob
13-09-2019 21:12
Jeszcze trzy lata temu, chętnie uznałbym się za część pokolenia ludzi wychowanych na S. Kingu. Wyznać muszę, że w pewnym okresie, nie czytałem nic innego niż Króla – a jak wiadomo, ma on bogatą twórczość. Horrory oparte na książkach tego autora? – krzyknąłbym, że perełki.
Dziś już z całą pewnością nie mogę tak napisać. Pewnego razu sięgnąłem po autora z zupełnie innej półki i dostrzegłem, że...
Jeszcze trzy lata temu, chętnie uznałbym się za część pokolenia ludzi wychowanych na S. Kingu. Wyznać muszę, że w pewnym okresie, nie czytałem nic innego niż Króla – a jak wiadomo, ma on bogatą twórczość. Horrory oparte na książkach tego autora? – krzyknąłbym, że perełki.
Dziś już z całą pewnością nie mogę tak napisać. Pewnego razu sięgnąłem po autora z zupełnie innej półki i dostrzegłem, że można pisać lepiej niż King. Lepiej? To mało powiedziane. Zacząłem odkrywać autorów, przy których King wydaje mi się być teraz grafomanem próbującym odgrzewać dawno zimne i zepsute już kotlety. Smak mi się wyostrzył? Być może, jednak nacisk położyłbym tu jednak na trzy elementy, które wg mnie stanowią lekturę: styl, historia i przekaz. Odnalazłem pisarzy, którzy kładą na tych wszystkich polach Króla na łopatki.
To oczywiście tylko moja opinia, która jest na tyle mało warta, że nie powinno się z jej powodu oburzać. (nerwów też szkoda). Dla mnie King był szczeblem w rozwoju (a może nawet całą oddzielną drabiną) siebie jako czytelnika. Fajnie się to czytało, mimo że zestarzało się to niemiłosiernie, ale czas pójść dalej, czas na coś z wyższej półki – nie należy stać w miejscu (bo jak wiadomo, od tego "niejeden zginął już kwiat").
pokaż więcej
książek: 2419
Silvery
13-09-2019 21:38
Ale przecież wiadomo, że cała masa (jeśli nie większość) ogromnie popularnych osób tworzących różną fikcję niekoniecznie posiada mistrzowskie umiejętności. Co nie zmienia faktu, że sporo takich osób, w tym King, potrafi dostarczyć rozrywki. Zresztą bez przesady - kilka jego książek jest świetnych. A to, że większość jest po prostu poprawna warsztatowo, a i czasem powiela własne pomysły - cóż,... Ale przecież wiadomo, że cała masa (jeśli nie większość) ogromnie popularnych osób tworzących różną fikcję niekoniecznie posiada mistrzowskie umiejętności. Co nie zmienia faktu, że sporo takich osób, w tym King, potrafi dostarczyć rozrywki. Zresztą bez przesady - kilka jego książek jest świetnych. A to, że większość jest po prostu poprawna warsztatowo, a i czasem powiela własne pomysły - cóż, myślę, że ciężko trzymać wysoki poziom, gdy produkuje się tyle, co on. Chmielewska też była taśmową powieściopisarką i - mimo całej mojej sympatii do niej - powiedziałabym, że większość jej książek to też raczej sympatyczna rozrywka niż majstersztyki. Co nie zmienia faktu, że znajomość lepszych autorów i autorek nie powinna odbierać przyjemności z czytania Kinga czy Chmielewskiej. ;)
pokaż więcej
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 2419
Silvery
13-09-2019 21:42
"a wyreżyserowane przezeń „Maksymalne przyspieszenie” przypadkiem kuriozalnym"

Cóż, nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że wtedy przypadał szczyt jego problemów z ćpaniem, a sam King przyznaje, że niewiele pamięta z tego okresu.

Nawiasem mówiąc, jestem w stanie zrozumieć, że King nie lubi Lśnienia - film jest dobry, ale to zupełnie co innego niż książka (i zmienia dość kluczowe elementy, w tym...
"a wyreżyserowane przezeń „Maksymalne przyspieszenie” przypadkiem kuriozalnym"

Cóż, nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że wtedy przypadał szczyt jego problemów z ćpaniem, a sam King przyznaje, że niewiele pamięta z tego okresu.

Nawiasem mówiąc, jestem w stanie zrozumieć, że King nie lubi Lśnienia - film jest dobry, ale to zupełnie co innego niż książka (i zmienia dość kluczowe elementy, w tym koniec). A że Amerykanie rzadko pamiętają, że adaptacja jest adaptacją (świetnym przykładem jest Rambo), to i wszyscy zachwycali się wypaczoną - w stosunku do książki - wersją Kubricka, która ze szczętem przyćmiła co najmniej równie dobrą książkę.

Co do wzmianki o Christine - mimo niezłej obsady, w miarę trafionej ścieżki dźwiękowej i kilku świetnych scen Christine-film nie dorasta do pięt Christine-książce. Ciężko to zresztą nazwać adaptacją; to raczej film na motywach książki. Zamiast tego do listy przyzwoitych ekranizacji przyzwoitych Kingów dorzuciłabym raczej niesłusznie zapomnianą Zieloną Milę.

A co do Instytutu - z tego, co czytałam o tej książce, moje skojarzenia idą raczej w stronę skrzyżowania The Girl with All the Gifts Mike'a Careya (polski tytuł to Pandora, z tego, co pamiętam) z pewnymi wątkami z trylogii Mroczne Materie Philipa Pullmana.
pokaż więcej
Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie

Opinie czytelników


O książce:
Co to jest własność

Jeden z najsłynniejszych esejów Proudhona, klasyka myśli politycznej. To z niego pochodzi znany cytat, że "własność jest kradzieżą".

zgłoś błąd zgłoś błąd