Lubimyczytać.pl Sp. z o.o
http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/publicystyka/12660/serotonina-na-wspak-albo-ostatni-wzwod-michela-houellebecqa

„Serotonina” na wspak albo ostatni wzwód Michela Houellebecqa

11 wartościowy tekst

Zdziwiłbym się, gdyby Houellebecq napisał „Serotoninę” w innym tonie niż swoje dotychczasowe książki. Gdyby nagle z kart jego prozy wytrysły optymizm i nadzieja. Spróbujmy sobie tylko wyobrazić taką książkę, w której nagle z oparów melancholii wyłania się bohater, który przechodzi metamorfozę i z życiowego słabeusza, przegranego na wszystkich frontach, zamienia się w kogoś, kto potrafi zapanować nad swoim losem, a powieść kończy się happy endem.

Czy bylibyśmy w stanie znieść takiego Houellebecqa? Uwierzyć w jego autentyczność? Czy inny styl jego książek, nawet tylko o kilka tonów jaśniejszy, nie wydałby nam się cukierkowaty? Houellebecq zapracował konsekwentnie swoimi poprzednimi powieściami na swój obraz, i szczerze powiedziawszy, jako jego admirator, sam długo nie wierzyłem, że może nam powiedzieć coś nowego. Ale może jednak.

A gdyby tak Houellebecqa odczytać wbrew Houellebecqowi? Uczynić tym samym herezję, na przekór tym, którzy entuzjastycznie dostrzegają w nim kronikarza dekadencji, portrecistę uwiądu cywilizacji europejskiej, melancholijnego pieśniarza. Ale i na przekór oponentom, którzy nawet doceniając „Cząstki elementarne”, „Możliwość wyspy” czy „Uległość”, w autorze „Serotoniny” widzą już tylko nudziarza, który powtarza dobrze znane chwyty, nie odkrywając żadnej nowej prawdy, niemal nie poruszając czytelnika.

Jedni i drudzy mają trochę racji. Nie mają jej jedynie ci, którzy sugerują, by definitywnie skończyć z lekturą książek francuskiego pisarza. Spróbujmy zatem poszukać trzeciej drogi, która będzie mieścić się pomiędzy orędownikami prawdy u Houellebecqa a „prokuratorami” zarzucającymi mu powtórzenie.

Houellebecq, Houellebecq, Houellebecq

Przede wszystkim pisarz ma prawo się powtarzać, grać na tę samą nutę, zagrywać tymi samymi kartami. Kto mu zabroni, tym bardziej w kulturze, która przecież docenia różne przeróbki, remaki, covery, pastisze, a jej odbiorcy są gotowi za nie płacić. Lubimy bowiem piosenki, które znamy. Zdziwiłbym się wręcz, gdyby Houellebecq, mając tego świadomość, nie podchodził do pisania koniunkturalnie, głowiąc się zamiast tego nad nowymi formami powieści.

Powtórzenia zaś w „Serotoninie” są ewidentne, a przynajmniej będą dostrzegalne dla tych, którzy czytali „Uległość”, nie mówiąc o wcześniejszych powieściach. Podobna konstrukcja bohatera, podobne chwyty fabularne, podobna wymowa. Podobieństwo można odnaleźć również w nawiązaniach do innych autorów. Poprzedniej powieści patronował Joris-Karl Huysmans z „Na wspak”. Duch autora „À rebours” wręcz unosi się nad „Serotoniną”. Jego interwencji upatrywałbym w wędrówkach głównego bohatera właśnie na wspak, ku przeszłości, w autoanalizach dawnych związków, w próbach wchodzenia po raz drugi do tej samej rzeki oraz ewidentnie w zakończeniu powieści. Wiadomo, co uczynił Huysmans po napisaniu „Na wspak”. Jego zwrot od dekadencji ku katolicyzmowi znajduje refleks w finale „Serotoniny”.

Katharsis, czyli dobrze nam u Houellebecqa

Zamiast wyliczania, gdzie i jak Houellebecq dokonał autoplagiatu, i dociekania, czy faktycznie to jest działanie koniunkturalne, spróbujmy spojrzeć na powtórzenia w tej twórczości z innej perspektywy – docenić ich walor, funkcję, a co za tym idzie korzyść dla czytelnika. Jest ich pewnie dużo więcej, niż tu wyliczę. Ja dostrzegam dwie, które się raczej dopełniają, niż wykluczają.

O pierwszej już właściwie napomknąłem. Lubimy piosenki, które znamy. I tak jest ze światem przedstawionym u Houellebecqa. Ci, którzy lubią tę prozę – ja też złapałem się na tym, sięgając po „Uległość” i „Serotoninę” – przyzwyczaili się do klimatu twórczości laureata Nagrody Goncourtów. Jakkolwiek nie byłaby to przybijająca lektura, będziemy się jej poświęcać, utwierdzać w prawdzie o świecie, jaką głosi nam Houellebecq. Czujemy się bowiem w niej jak w domu, ich nastrój rezonuje z naszym wewnętrznym odczuwaniem. Dobrze nam u Houellebecqa, pomimo tego, że nie jest to lektura przynosząca pocieszenie, nie jest to też coachingowy podręcznik, który odpowiada w 10 rozdziałach, jak odmienić swoje życie. Wręcz odwrotnie – to smutek i dewaluacja wszelkich rozwiązań.

Mimo jednak ciemnych barw ten świat jest już przez nas oswojony, bo wędrowaliśmy po nim w książkach Houellebecqa wielokrotnie. Może dlatego ta proza przynosi ukojenie. Może czytelnicze westchnienie nad przegranymi życiowo bohaterami, którzy rozpaczliwie poszukują sensu, pomaga nam ulitować się nad nami samymi, którzy też trudzimy się mniej lub bardziej świadomie nad spójnością i zasadnością naszej życiowej narracji, nie unikając momentów słabości. Może jest to swego rodzaju katharsis.

Czy można inaczej niż u Houellebecqa?

Można pozwolić zapętlić się w Houellbecqowskiej prozie, tak jak włącza się zapętlenie dobrej piosenki w audioplayerze. Można wsłuchiwać się w nią bez końca, jak w „Boléro” Ravela, albo dać się kompletnie uśpić tym powieściom, kończąc na dobrze znanych odczytaniach, które można sprowadzić do określenia „dekadencja”, albo przebudzić się z nich jak z niedobrego snu. Od czego zależy, czy nastąpi jedno, czy drugie – trudno powiedzieć. Być może to kwestia liczby powtórzeń, wrażliwości na nudę albo stopnia sceptycyzmu, z jakim czyta się literaturę.

Tak czy inaczej można pójść krok dalej i potraktować Houellebecqowskie powtórzenia nie jak Ravelowskie „Boléro”, ale jak płytę, która zwyczajnie się zacięła i produkuje niezmordowanie ten sam mechaniczny, nienaturalny dźwięk, który prędzej czy później musi doprowadzić do irytacji. Kto wie, czy właśnie w owej irytacji i nienaturalności brzmienia nie jest ukryta możliwość jakiegoś odruchu, wytrącenia z inercji, tym samym przebudzenia, które zaczynałoby się od pytania: czy nie można inaczej niż u Houellebecqa? Czy życie musi być takie smutne i puste? Czy rzeczywiście wyczerpaliśmy wszystkie rozwiązania?

Nie wszystko stracone

Idę o zakład, że z taką interpretacją zgodziłby się inny francuski pisarz – Blaise Pascal. Co więcej, poparłby Houellebecqa w pisarskiej robocie pełnej powtórzeń. Wiadomo bowiem, że powtarza się do znudzenia, a właśnie autor „Myśli” nudę doceniał szczególnie, rozrywkę – wręcz przeciwnie. Oto co pisał na ten temat:

Jedyna rzecz, która nas pociesza w naszych niedolach to rozrywka, a wszelako to jest największa z naszych niedoli; ona głównie przeszkadza nam myśleć o sobie i gubi nas niepostrzeżenie. Inaczej trwalibyśmy w nudzie, a ta nuda popchnęłaby nas do szukania trwalszego sposobu wyrwania się z niej. Ale rozrywka bawi nas i wiedzie nas niepostrzeżenie ku śmierci.

Kiedy więc inni dwoją się i troją, by dostarczyć nam literackiej rozrywki, tym samym prowadząc do zguby, Houellebecq być może jest tym jedynym, który paradoksalnie staje nam na drodze, wymachując rękami, a z jego książek, z oparów nudy, wydobywa się okrzyk: zróbcie coś, nie wszystko stracone.

Houellebecq robi sobie jaja

Skąd jednak pewność, że powieści Houellebecqa nie powinno się czytać dosłownie, ale na wspak? Nie ku nudzie i beznadziei, ale wbrew – krzesząc nadzieję wbrew nadziei? Jedno mnie utwierdza dobitnie – nie sama nuda, nie powtórzenie, ale bijąca z nich, i nie tylko z nich, IRONIA.

Pełno ironii w „Serotoninie”. Bywa, że wyczuwa się ją bez najmniejszego trudu, jak w tej uwadze głównego bohatera, która poprzedza „mowę pożegnalną”: „Nie wolno pozwolić, by cierpienie przekroczyło pewien poziom, bo człowiek zacznie robić jakieś idiotyzmy, łyknie roraxu […] albo rzuci się pod metro i zostanie bez obu nóg i z jajami w kawałkach, ale wciąż żywy”.

Nie inaczej też w zakończeniu: „W rzeczywistości Bóg się nami zajmuje, myśli o nas w każdej sekundzie”. Aha! Na tyle, na ile znamy Houellebecqa – czy aby na pewno chce nam powiedzieć: przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki? Raczej zawraca jak Huysmans po napisaniu „Na wspak”, ale tylko po to, by nam uzmysłowić, że taka próba powrotu po śmierci Boga, którą ogłosił Nietzsche, już była podejmowana i zakończyła się totalną klapą.

Rzeczywistość jest gdzie indziej

Jest jeszcze jeden rodzaj ironii, za pomocą której w nawias można ująć całą „Serotoninę”. Widać to na samym wstępie: „Jeśli więc ostatecznie poniosłem porażkę, a moje życie kończy się w cierpieniu i smutku, nie mogę za to winić rodziców, tylko godny pożałowania ciąg okoliczności, do których pozwolę sobie jeszcze wrócić – prawdę mówiąc to właśnie one będą przedmiotem tej książki” – wyjawia główny bohater Florent-Claude, zdradzając tym samym, że mamy do czynienia z podwójną fikcją.

A gdyby tego było mało, to tocząc opowiadanie w swojej książce, zdradza, że ma „dziwne wrażenie grzęźnięcia w jakiejś autofikcji”. Czy zatem wielopiętrowa fikcja nie ma czegoś z ironii? Czy nie jest puszczeniem oka do czytelnika, mówiącym: nie wszystko tutaj należy brać dosłownie, rzeczywistość jest gdzie indziej?

A gdzie? Nie w tradycji, nie w religii, nawet nie w literaturze etc., więc nie w zbiorowych narracjach. Znamiona prawdziwości mają już tylko małe fikcje, które tworzymy, interpretując rzeczywistość na użytek własnego życia. Przykładem takiej w „Serotoninie” jest miłość Camilli i Florenta-Claude'a. Nie bez przyczyny, jak w antycznym dramacie, to akurat ten wątek jest punktem kulminacyjnym. Jeśli uważnie się wczytać w powieść, to główny bohater kilkakrotnie opóźnia opowieść o Camilli, tym samym budując napięcie i lokując ten wątek idealnie w centrum. Cóż chce nam przez to powiedzieć stary romantyk Houellebecq? Najpewniej, że miłość była jedynym remedium na bezsens życia, ale i ona została zaprzepaszczona.

Tyle ma do powiedzenia sam autor „Serotoniny”. Kiedy jednak świat z jego powieści już zniknie w wirach powtórzeń, warto przejrzeć się w idealnie równej powierzchni nudy i odpowiedzieć sobie na pytanie: jak można by inaczej? Inaczej niż u Houellebecqa.

*Grzegorz Przepiórka – ukończył filologię polską (edytorstwo), kulturoznawstwo (Instytut Badań Literackich) oraz Polską Szkołę Reportażu. Pasjami czyta, podróżuje i przeprowadza wywiady. Autor artykułów – na temat książek, filmów, miejsc – oraz nielicznych wierszy. Zastępca redaktora naczelnego w periodyku architektoniczno-budowlanym.

Powiązane treści:
Kanon lektur nieczytanych – rozmowa z Katarzyną Wojtaszak

Zachęcamy do tego, by kanon potraktować jako coś istotnego dla naszej kultury, tożsamości; żeby zastanowić się, czy te postawy różnią się od dzisiejszych – mówi Katarzyna Wojtaszak, kuratorka wystawy „Kanon lektur nieczytanych” w poznańskiej Bibliotece Raczyńskich.



więcej
„Nie warto”, a jednak czytamy – wywiad z Jackiem Dukajem

Jeszcze piszemy. Jeszcze czytamy. Nie zawsze mając świadomość, że coraz bardziej przemożne od pisma jest już wszystko, co popiśmienne. Co czeka czytelników książek za kilka bądź kilkanaście lat – wylądują na marginesie, uważani za rodzaj sekty, czy staną się elitą?



więcej
Ballada to stan ducha. Rozmowa z Martą Podgórnik

Liryka nie jest striptizem. Poeci nie uprawiają wierszowania. Poezja nie służy ocieraniu łez. A nazywanie wiersza wolnym to zwykłe niechlujstwo… To miała być niewinna rozmowa o balladach z tegoroczną laureatką Nagrody Poetyckiej im. Wisławy Szymborskiej – a o mało nie doszło do morderstwa.



więcej

Pokaż wszystkie teksty publicystyczne.
Komentarze
Autor:  Grzegorz |  wypowiedzi: 8  [pokaż ostatnią] Odpowiedź
książek: 206
Grzegorz
05-09-2019 14:02
Zapraszam do dyskusji.
książek: 322
grafzero
08-09-2019 11:46
No cóż tekst dobry i raczej pokrywający się z moimi spostrzeżeniami, ale właśnie owa "religijna" końcówka jest tym jedynym fragmentem powieści, który należy czytać na serio i tak jak została napisana. Przede wszystkim jest to fragment wyrwany z narracji, nie wiadomo od kogo słyszymy to co słyszymy i w jakich okolicznościach zostało powiedziane. Czy mówi do nas Florence czy w barthezowski... No cóż tekst dobry i raczej pokrywający się z moimi spostrzeżeniami, ale właśnie owa "religijna" końcówka jest tym jedynym fragmentem powieści, który należy czytać na serio i tak jak została napisana. Przede wszystkim jest to fragment wyrwany z narracji, nie wiadomo od kogo słyszymy to co słyszymy i w jakich okolicznościach zostało powiedziane. Czy mówi do nas Florence czy w barthezowski autor? Po drugie ironia powoli ginie w "Serotoninie" z każdą strona jest jej coraz mniej. Im mniej Florenca, a więcej leków tym mniej ironii. Nie jest już potrzebna bo bohater ma inną broń przeciw rzeczywistości - swoje leki. Trudno więc ów tekst czytać w taki sposób tym bardziej, że akurat to patrzenie Boga jest zupełnie drugorzędne. Istotne jest mówienie o pewnych sprawach wprost. I tutaj rzeczywiście ujawniłoby się czytanie Houellebecqa odwrotnie - on domaga się "zacznijcie mnie wreszcie czytać jak należy", a my robimy to zupełnie inaczej. Odpowiedzieć na ten dylemat można świętym Pawłem " Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść".
pokaż więcej
książek: 270
kamil9
08-09-2019 14:36
Nie zgadzam się z tym, że im dalej tym mniej ironii. Przecież na końcowych stronach można przeczytać o tym, że Rihanna mogłaby zawrócić w głowie Marcelowi Proustowi albo rozważania bohatera o tym ile trwałby jego spadek z budynku posiłkując się wzorem fizycznym. Jeśli już czytać coś dosłownie to moim zdaniem ten fragment przed religijną końcówką zaczynający się od "Mogłem dać szczęście jakiejś... Nie zgadzam się z tym, że im dalej tym mniej ironii. Przecież na końcowych stronach można przeczytać o tym, że Rihanna mogłaby zawrócić w głowie Marcelowi Proustowi albo rozważania bohatera o tym ile trwałby jego spadek z budynku posiłkując się wzorem fizycznym. Jeśli już czytać coś dosłownie to moim zdaniem ten fragment przed religijną końcówką zaczynający się od "Mogłem dać szczęście jakiejś kobiecie"
pokaż więcej
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 319
Andrzej
09-09-2019 08:59
Dziękuję za interesujący tekst. Myślę, że od Houellebecqa niesłusznie wymaga się dwóch rzeczy: „czegoś nowego” i „ironii”. Po pierwsze trudno mi zgodzic sie z zarzutem, że H. Się powtarza. To tak jakby zarzucić powiedzmy Faulknerowi, że pisał wciąż o prowincji Południa. Albo, że Sołżenicym pisał tylko o GUŁagu. Jego bohaterowie ewoluują tak jak i tło opowieści - nie mniej ważne od głównego... Dziękuję za interesujący tekst. Myślę, że od Houellebecqa niesłusznie wymaga się dwóch rzeczy: „czegoś nowego” i „ironii”. Po pierwsze trudno mi zgodzic sie z zarzutem, że H. Się powtarza. To tak jakby zarzucić powiedzmy Faulknerowi, że pisał wciąż o prowincji Południa. Albo, że Sołżenicym pisał tylko o GUŁagu. Jego bohaterowie ewoluują tak jak i tło opowieści - nie mniej ważne od głównego bohatera zmienia się i oddziaływuje na czytelnika. I tak jak w „Mapie i terytorium” wstrząsający jest np. opis autentycznej szwajcarskiej kliniki Dignitas, w której dobija się starych ludzi tak tu poruszający jest opis Molocha jakim stała się Unia Europejska, która zamordowała rolnictwo, francuską tradycję i doprowadziła do ruiny i śmierci przyjaciela głównego bohatera. Ten akurat pasaż czytałem z uczuciem deja vu. Zbyt dużo bowiem widziało się tragedii naszego krajowego rolnictwa i przemysłu w latach 90.

Nigdy nie patrzyłem na MH jako na ironistę. Byłby może ironiczny 30 lat temu. Kiedy ironia jednak staje się rzeczywistością nie jest mi już do smiechu. Własciwie nie wizja tylko portret Europy – zislamizowanej, starzejącej się, dumnej ze swoich wynalazków jakim jest np. wspomniany Dignitas nie ma nic w sobie zabawnego. I nawet opis, że prochy ze spopielonych zwłok i fragmenty kości wrzucane do jeziora zwiększają populację karpia brazylijskiego ku oburzeniu Zielonych nie jest ironiczny.
pokaż więcej
książek: 1159
malena
10-09-2019 13:38
Wzwód? Raczej zwis, ale bez powiewu



Przede wszystkim pisarz ma prawo się powtarzać, grać na tę samą nutę, zagrywać tymi samymi kartami. Kto mu zabroni, tym bardziej w kulturze, która przecież docenia różne przeróbki, remaki, covery, pastisze, a jej odbiorcy są gotowi za nie płacić. [podkreślenie moje] Lubimy bowiem piosenki, które znamy. Zdziwiłbym się wręcz, gdyby Houellebecq, mając...

Wzwód? Raczej zwis, ale bez powiewu



Przede wszystkim pisarz ma prawo się powtarzać, grać na tę samą nutę, zagrywać tymi samymi kartami. Kto mu zabroni, tym bardziej w kulturze, która przecież docenia różne przeróbki, remaki, covery, pastisze, a jej odbiorcy są gotowi za nie płacić. [podkreślenie moje] Lubimy bowiem piosenki, które znamy. Zdziwiłbym się wręcz, gdyby Houellebecq, mając tego świadomość, nie podchodził do pisania koniunkturalnie, głowiąc się zamiast tego nad nowymi formami powieści.



Szczerze mówiąc, nie lubię takich argumentów, zresztą trudno nazwać je argumentami: "prawo do powtórek", "kto mu zabroni", "gusta i guściki" odbiorców etc. etc. Skupię się na dokonanym przeze mnie podkreśleniu Pańskich słów, choć "skupię" to za dużo powiedziane, raczej zapytam: czy cały ten koniukturalizm nie świadczyłby trochę o... hipokryzji Houellebecqa?


Powtórzenia zaś w „Serotoninie” są ewidentne, a przynajmniej będą dostrzegalne dla tych, którzy czytali „Uległość”, nie mówiąc o wcześniejszych powieściach. Podobna konstrukcja bohatera, podobne chwyty fabularne, podobna wymowa. Podobieństwo można odnaleźć również w nawiązaniach do innych autorów.



Czy tropienie porównań z wcześniejszych powieści naprawdę jest tak zajmujące? Czy nie jest jedynie rozpaczliwym tłumaczeniem autora, który nie ma do zaproponowania nic ponad to, co wcześniej zaroponował swym miłośnikom? Chyba lepsze byłoby napisanie, co czytelnik, który nie zna prozy Houellebecqa znajdzie w "Serotoninie", dlaczego jej odczytanie wymaga (o ile wymaga) sięgnięcia po inne jego utwory. Niestety, ale w moim przypadku zapoznanie się z nią nie podziałało zachęcająco, zachęcająco nie działa też ta podjęta przez Pana obrona prawa do powtórzeń, bo z tej obrony wyłania mi się niezbyt pochlebny obraz autora (może błędny), który pisze, choć pisać nie powinien, bo nie ma o czym. A więc: odprysk, swoisty ochłap literacki, którego "wartość" będą w stanie docenić jedynie najzagorzalsi admiratorzy jego prozy.

Jego zwrot od dekadencji ku katolicyzmowi znajduje refleks w finale "Serotoniny".



No właśnie! Refleks. Czy ten refleks wart jest w ogóle odnotowania? Inaczej, czy ten refleks wpływa w jakikolwiek sposób na interpretację "Serotoniny"? Nie wydaje mi się, aby tak było. Chyba że odczyta się go jako sygnał skierowany jedynie do miłośników autora, i że jedynie przez nich może być należycie odczytany (osobom niewtajemniczonym wstęp wzbroniony).
Dla mnie, niewtajemniczonej, ta wstawka trąci jedynie sztucznością, brakiem pomysłu na zakończenie tego nieprzemyślanego i w treści, i w formie utworu. To trochę tak, jakby autor chciał na sam koniec powiedzieć: "uwaga, uwaga, teraz będzie na poważnie", i już samo to odbiera powagę i rangę temu fragmentowi. Ale może takie było założenie (taka zachowawczość H. przejawiająca się w w szerokim otwarciu na dowolność interpretacyjną, w razie czego dająca możliwość ukrycia się za bezpieczną kurtyną nadinterpretacji). Zresztą takich fragmentów ocierajacych się: o powagę i śmieszność, górnolotność i prymitywizm - mnóstwo w tej powieści. Już, już myślimy, że w końcu mamy do czynienia z czymś godnym zainteresowania, a za chwilę Houellebecq wybija nas z tego skupienia jakimś prymitywnym wnioskiem, prymitywnym sformułowaniem. Według mnie tania prowokacja. No ale, co kto lubi. Chociaż skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie ciekawi kto kryje się pod maską prowokatora. Strach jednak przed jej odkryciem jest silniejszy, bo najczęściej takie odkrycie zwykle kończy się rozczarowaniem...


O pierwszej już właściwie napomknąłem. Lubimy piosenki, które znamy. I tak jest ze światem przedstawionym u Houellebecqa. Ci, którzy lubią tę prozę – ja też złapałem się na tym, sięgając po „Uległość” i „Serotoninę” – przyzwyczaili się do klimatu twórczości laureata Nagrody Goncourtów. Jakkolwiek nie byłaby to przybijająca lektura, będziemy się jej poświęcać, utwierdzać w prawdzie o świecie, jaką głosi nam Houellebecq. Czujemy się bowiem w niej jak w domu, ich nastrój rezonuje z naszym wewnętrznym odczuwaniem. Dobrze nam u Houellebecqa, pomimo tego, że nie jest to lektura przynosząca pocieszenie, nie jest to też coachingowy podręcznik, który odpowiada w 10 rozdziałach, jak odmienić swoje życie. Wręcz odwrotnie – to smutek i dewaluacja wszelkich rozwiązań.




Niestety, ale nie należę do grona osób podchodzących do ulubionego autora bez cienia krytycyzmu, a widzę, że cały ten artykuł jest napisany w tym tonie: kochajmy Houellebecqa i dziękujmy mu, że uraczył nas "odgrzewanym kotletem", bo lepszy "odgrzewany kotlet" niż inne danie, ewentualnie brak posiłku. I znów: taka konieczność obrony nie usposabia pozytywnie. Poza tym wątpię, aby miłośnicy autora oczekiwali od niego takiego zwrotu, o jakim Pan pisze. Ja nie oczekiwałabym tego po ulubionym autorze. Raczej oczekiwałabym głębszego spojrzenia na poruszaną wcześniej problematykę. Problem w tym, że głębi w "Serotoninie" próżno szukać, a to pozwala mi przypuszczać, że w innych jego utworach jest równie powierzchownie. Smutek, dewaluacja wszelkich rozwiązań? Hmmm... Trudno tej nieudanej tragifarsie przedrzeć się do mojej wrażliwości czytelniczej. Zresztą Houellebecq już się o to zatroszczył, by tak się nie stało. Ponadto nawet to, co jest w tej książce tłem, a co wydaje się być interesujące, traci na znaczeniu. A szkoda! Chciałabym posłuchać Houellebecqa odartego z maski prowokatora. No dobrze. Chciałabym posłuchać Houellebecqa choćby częściowo odsłoniętego (może wówczas mogłabym poczuć ten rezonans, o którym Pan wspomina). Obawiam się jednak, że nie byłby to głos, a głosik. Ale może akurat w tej kwestii się mylę. Nawet chciałabym się mylić.



Mimo jednak ciemnych barw ten świat jest już przez nas oswojony, bo wędrowaliśmy po nim w książkach Houellebecqa wielokrotnie. Może dlatego ta proza przynosi ukojenie. Może czytelnicze westchnienie nad przegranymi życiowo bohaterami, którzy rozpaczliwie poszukują sensu, pomaga nam ulitować się nad nami samymi, którzy też trudzimy się mniej lub bardziej świadomie nad spójnością i zasadnością naszej życiowej narracji, nie unikając momentów słabości. Może jest to swego rodzaju katharsis.



Gdybym nie znała "Serotoniny", po takiej rekomendacji na pewno bym po nią nie sięgnęła, wybrałabym skok w przeszłość, w uniwersalną prozę egzystencjalistów, ewentualnie przypomniała sobie Konwickiego, do którego Houellebecqowi daleko, oj daleko. Szkoda zatem, że nie napisał Pan tego artykułu wcześniej. Nie straciłabym czasu na czytanie mało satysfakcjonującej lektury.

"Życiowa narracja" - może nie warto iść za modą i pozostawić narrację tam, gdzie jej miejsce, ewentualnie pozostawić ją politykom, którzy rzadko mogą popisać się właściwym doborem słów. Ale to tak na marginesie. Nie chcę tu rozpętywać logomachii.


Można pozwolić zapętlić się w Houellbecqowskiej prozie, tak jak włącza się zapętlenie dobrej piosenki w audioplayerze. Można wsłuchiwać się w nią bez końca, jak w „Boléro” Ravela, albo dać się kompletnie uśpić tym powieściom, kończąc na dobrze znanych odczytaniach, które można sprowadzić do określenia „dekadencja”, albo przebudzić się z nich jak z niedobrego snu. Od czego zależy, czy nastąpi jedno, czy drugie – trudno powiedzieć. Być może to kwestia liczby powtórzeń, wrażliwości na nudę albo stopnia sceptycyzmu, z jakim czyta się literaturę.



Tylko, że "Serotonina" to nie "Bolero" Ravela, raczej jakaś piosenka chodnikowa. Jej zwolenników pewnie już samo słuchanie satysfakcjonuje i na pewno nie nudzi.



Tak czy inaczej można pójść krok dalej i potraktować Houellebecqowskie powtórzenia nie jak Ravelowskie „Boléro”, ale jak płytę, która zwyczajnie się zacięła i produkuje niezmordowanie ten sam mechaniczny, nienaturalny dźwięk, który prędzej czy później musi doprowadzić do irytacji. Kto wie, czy właśnie w owej irytacji i nienaturalności brzmienia nie jest ukryta możliwość jakiegoś odruchu, wytrącenia z inercji, tym samym przebudzenia, które zaczynałoby się od pytania: czy nie można inaczej niż u Houellebecqa? Czy życie musi być takie smutne i puste? Czy rzeczywiście wyczerpaliśmy wszystkie rozwiązania?



Na szczęście można inaczej, można lepiej. I w życiu, i w literaturze. Rozwiązań nie wyczerpaliśmy, pewnie wyczerpał je jedynie sam autor. Po co mało poważne, wulgarnie opisane rozporkowe dylematy bohatera traktować ze śmiertelną powagą i dopatrywać się w nich zagadnień godnych egzystencjalistów? Z drugiej jednak strony - cóż nam pozostaje? Sztuczny zachwyt nad mało wyraźną i niezbyt pogłębioną krytyką współczesnego, nastawionego na konsumpcjonizm płytkiego społeczeństwa, niezbyt odkrywcze tyrady o upadku francuskiego rolnictwa, bezsensownych posunięciach UE, kulturze masowej. Skromniutko i płyciutko.


Idę o zakład, że z taką interpretacją zgodziłby się inny francuski pisarz – Blaise Pascal. Co więcej, poparłby Houellebecqa w pisarskiej robocie pełnej powtórzeń. Wiadomo bowiem, że powtarza się do znudzenia, a właśnie autor „Myśli” nudę doceniał szczególnie, rozrywkę – wręcz przeciwnie (...) Kiedy więc inni dwoją się i troją, by dostarczyć nam literackiej rozrywki, tym samym prowadząc do zguby, Houellebecq być może jest tym jedynym, który paradoksalnie staje nam na drodze, wymachując rękami, a z jego książek, z oparów nudy, wydobywa się okrzyk: zróbcie coś, nie wszystko stracone.



Cha, cha, cha. I dla Pascala znalazło się miejsce w tym artykule, by uzasadnić, że odgrzewany kotlet" smakuje wybornie, więcej, że z jedzenia "odgrzewanego kotleta" możemy paradoksalnie odnieść jakąś wymierną korzyść. "Nie kupuję" tego i poczytuje to w ramach nadinterpretacji, zwłaszcza ten fragment o wyłączności i wyjątkowości Houellebecqa. Poza tym nie rozumiem tych wielokrotnych odniesień na temat rozrywkowych oczekiwań czytelniczych. Z jednej strony próbuje Pan przekonać, że "Serotoninę" należy traktować w kategoriach innych niż rozrywkowe (domyślam się, że ma to zachęcić ambitniejszych czytelników do sięgnięcia po tę książkę, co według mnie jest zwyczajną premedytacją, bo ambitny czytelnik nie znajdzie tam tego, o czym Pan pisze, zakładając, że współczesny ambitny czytelnik ma za sobą jakiś bagaż porównawczy, który wychodzi poza czytanie współczesnego chłamu wydawniczego), z drugiej zaś - chce Pan wmówić czytelnikowi, że zły odbiór tej powieści wiąże się z jego rozrywkowymi oczekiwaniami, a przecież nie o to chodzi, żeby Houellebecq napisał książkę łatwą, miłą i przyjemną. Niech pisze trudno, niemile, i nieprzyjemnie. Ale niech będzie to j a k i e ś! A j a k i e ś to nie jest.


Skąd jednak pewność, że powieści Houellebecqa nie powinno się czytać dosłownie, ale na wspak? Nie ku nudzie i beznadziei, ale wbrew – krzesząc nadzieję wbrew nadziei? Jedno mnie utwierdza dobitnie – nie sama nuda, nie powtórzenie, ale bijąca z nich, i nie tylko z nich, IRONIA.
Pełno ironii w „Serotoninie”. Bywa, że wyczuwa się ją bez najmniejszego trudu, jak w tej uwadze głównego bohatera, która poprzedza „mowę pożegnalną”: „Nie wolno pozwolić, by cierpienie przekroczyło pewien poziom, bo człowiek zacznie robić jakieś idiotyzmy, łyknie roraxu […] albo rzuci się pod metro i zostanie bez obu nóg i z jajami w kawałkach, ale wciąż żywy”.



Najlepiej na wspak, wzdłuż i wszerz. Ach, ironia! "Ta tępa broń słabych i głupich" (cyt za: M. Płaza, "Robinson w Bolechowie", Warszawa 2017, s. 191). A poważnie, lubię ironię, autoironię szczególnie. Jednak posługiwanie się ironią wymaga finezji, a już po tym zamieszczonym przez Pana fragmencie widać, że finezji w tym nie ma za grosz. Ze swej strony mogę powiedzieć, że dalej lepiej nie jest. No ale dosadność zawsze w cenie. Poza tym ironia znika z każdą przerzucaną stroną książki, i głos bohatera zaczyna nabierać coraz bardziej bełkotliwego zabarwienia.



Jest jeszcze jeden rodzaj ironii, za pomocą której w nawias można ująć całą „Serotoninę”. Widać to na samym wstępie: „Jeśli więc ostatecznie poniosłem porażkę, a moje życie kończy się w cierpieniu i smutku, nie mogę za to winić rodziców, tylko godny pożałowania ciąg okoliczności, do których pozwolę sobie jeszcze wrócić – prawdę mówiąc to właśnie one będą przedmiotem tej książki” – wyjawia główny bohater Florent-Claude, zdradzając tym samym, że mamy do czynienia z podwójną fikcją.



Czy we współczesnych czasach trzeba tłumaczyć takie rzeczy, tj. że główny bohater nie jest autorem, a autor głównym bohaterem? Że autorem tej książki jest Houellebecq a nie Florent-Claude? Stąd to napomknienie o podwójnej fikcji? I czy to ma być to zapowiadane w artykule novum? Przecież to zabieg dość często stosowany w literaturze polskiej, zagranicznej. Wszelakiej.



A gdyby tego było mało, to tocząc opowiadanie w swojej książce, zdradza, że ma „dziwne wrażenie grzęźnięcia w jakiejś autofikcji”. Czy zatem wielopiętrowa fikcja nie ma czegoś z ironii? Czy nie jest puszczeniem oka do czytelnika, mówiącym: nie wszystko tutaj należy brać dosłownie, rzeczywistość jest gdzie indziej?



Jw. Poza tym nie widzę tu wielopiętrowości, a na pewno ironii w wielopiętrowości. To wrażenie ma większość ludzi, którzy decydują się opisać przeszłość (och, ta nasza niedoskonała pamięć, och, ta skłonność do autokreacji, konfabulacji). W ten sposób autor próbuje nadać swemu bohaterowi jedynie rys autentyczności. Tak, żeby czytelnik miał wrażenie czytania spowiedzi życia "z krwi i kości" bohatera. I jedynie momentami mu się to udaje. W większości papier szeleści złowrogo. No ale trudno od karykatury postaci wymagać aż takiego autentyzmu, pogłębienia psychologicznego, jakiego oczekiwałabym po takiej a nie innej powieści. Mruganie zatem całkowicie zbędne. Świadczyłoby jedynie o tym, że Houellebecq ma czytelnika za idiotę, który każdą fikcję literacką bierze za rzeczywistość, a spowiedź bohatera literackiego za spowiedź samego autora. Do idioty takie mruganie mogłoby okazać się niewystarczające, trzeba by było go trzepnąć egzemplarzem "Serotoniny" w głowę. Chociaż nie wiem, czy to by pomogło i wystarczyło (za cienki ten egzemplarz książki).


Znamiona prawdziwości mają już tylko małe fikcje, które tworzymy, interpretując rzeczywistość na użytek własnego życia. Przykładem takiej w „Serotoninie” jest miłość Camilli i Florenta-Claude'a. Nie bez przyczyny, jak w antycznym dramacie, to akurat ten wątek jest punktem kulminacyjnym. Jeśli uważnie się wczytać w powieść, to główny bohater kilkakrotnie opóźnia opowieść o Camilli, tym samym budując napięcie i lokując ten wątek idealnie w centrum. Cóż chce nam przez to powiedzieć stary romantyk Houellebecq? Najpewniej, że miłość była jedynym remedium na bezsens życia, ale i ona została zaprzepaszczona.



Pod warunkiem, że lubimy się oszukiwać i nie mamy w sobie samokrytycyzmu. ;)
Taak. Miłość jako remedium na bezsens życia. Zgodzę się z tą chwytającą za serce, wzruszającą (przynajmniej co niektórych) interpretacją. Nadzieja zatem w Camillach tego świata i niemarnowaniu szans na stworzenie " zdrowych" relacji damsko-męskich.
Tyle jęczenia, by dojść do takiej konkluzji. Mam tu na myśli "Serotoninę", a nie Pański artykuł. ;)
pokaż więcej
książek: 206
Grzegorz
10-09-2019 22:53
Dziękuję za wnikliwą lekturę i wyczerpujący komentarz.


„Wzwód? Raczej zwis, ale bez powiewu”



Pytanie, czy lepiej dostrzegać ostatni wzwód czy zwis bez powiewu – kwestia indywidualnego odczytu.





„Szczerze mówiąc, nie lubię takich argumentów, zresztą trudno nazwać je argumentami: "prawo do powtórek", "kto mu zabroni", "gusta i guściki" odbiorców etc. etc. Skupię się na dokonanym przeze...

Dziękuję za wnikliwą lekturę i wyczerpujący komentarz.


„Wzwód? Raczej zwis, ale bez powiewu”



Pytanie, czy lepiej dostrzegać ostatni wzwód czy zwis bez powiewu – kwestia indywidualnego odczytu.





„Szczerze mówiąc, nie lubię takich argumentów, zresztą trudno nazwać je argumentami: "prawo do powtórek", "kto mu zabroni", "gusta i guściki" odbiorców etc. etc. Skupię się na dokonanym przeze mnie podkreśleniu Pańskich słów, choć "skupię" to za dużo powiedziane, raczej zapytam: czy cały ten koniukturalizm nie świadczyłby trochę o... hipokryzji Houellebecqa?”



Ale lubię/ nie lubię to też nie jest argument :) Świadczyłby trochę, dlatego czytam Houellebecqa, nie upijając się nim, ale wbrew niemu, po heretycku, robiąc przed hipokryzją unik, na tyle, na ile to możliwe. W ten sposób odczytywałem już „Uległość”.





„Czy tropienie porównań z wcześniejszych powieści naprawdę jest tak zajmujące? Czy nie jest jedynie rozpaczliwym tłumaczeniem autora, który nie ma do zaproponowania nic ponad to, co wcześniej zaproponował swym miłośnikom?”



Jest, jeśli coś zajmującego się w nich dostrzega. Nie czuję się houellebecqowskim adwokatem w rozpaczy. Proponuję jedynie pewien sposób odczytania, który może przypaść do gustu lub nie.




„Chyba lepsze byłoby napisanie, co czytelnik, który nie zna prozy Houellebecqa znajdzie w "Serotoninie", dlaczego jej odczytanie wymaga (o ile wymaga) sięgnięcia po inne jego utwory.”



A co wtedy z tymi, którzy znają?




„Niestety, ale w moim przypadku zapoznanie się z nią nie podziałało zachęcająco, zachęcająco nie działa też ta podjęta przez Pana obrona prawa do powtórzeń, bo z tej obrony wyłania mi się niezbyt pochlebny obraz autora (może błędny), który pisze, choć pisać nie powinien, bo nie ma o czym. A więc: odprysk, swoisty ochłap literacki, którego "wartość" będą w stanie docenić jedynie najzagorzalsi admiratorzy jego prozy”



Inaczej może patrzy się na to prawo do powtórzeń, mając w pamięci Houellebecqa z całą jego świeżością 10 czy 15 lat temu, a inaczej będąc po lekturze wyłącznie artykułu. Nie moją intencją było jednak kogokolwiek zachęcać lub zniechęcać.




„No właśnie! Refleks. Czy ten refleks wart jest w ogóle odnotowania? Inaczej, czy ten refleks wpływa w jakikolwiek sposób na interpretację "Serotoniny"? Nie wydaje mi się, aby tak było. Chyba że odczyta się go jako sygnał skierowany jedynie do miłośników autora, i że jedynie przez nich może być należycie odczytany (osobom niewtajemniczonym wstęp wzbroniony).
Dla mnie, niewtajemniczonej, ta wstawka trąci jedynie sztucznością, brakiem pomysłu na zakończenie tego nieprzemyślanego i w treści, i w formie utworu. To trochę tak, jakby autor chciał na sam koniec powiedzieć: "uwaga, uwaga, teraz będzie na poważnie", i już samo to odbiera powagę i rangę temu fragmentowi.”



Według mnie Houellebecq w zakończeniu nie mówi "uwaga, uwaga, teraz będzie na poważnie". Tam też dostrzegam ironię. Zwracam na to uwagę w tekście.




„Niestety, ale nie należę do grona osób podchodzących do ulubionego autora bez cienia krytycyzmu, a widzę, że cały ten artykuł jest napisany w tym tonie: kochajmy Houellebecqa i dziękujmy mu, że uraczył nas "odgrzewanym kotletem", bo lepszy "odgrzewany kotlet" niż inne danie, ewentualnie brak posiłku.”



Sama świadomość, że lubuję się w tym klimacie świadczy o odrobinie krytycyzmu. Można próbować inne dania, a można też odgrzać kotlet i przewrotnie zjeść go na deser.





„Gdybym nie znała "Serotoniny", po takiej rekomendacji na pewno bym po nią nie sięgnęła, wybrałabym skok w przeszłość, w uniwersalną prozę egzystencjalistów, ewentualnie przypomniała sobie Konwickiego, do którego Houellebecqowi daleko, oj daleko. Szkoda zatem, że nie napisał Pan tego artykułu wcześniej. Nie straciłabym czasu na czytanie mało satysfakcjonującej lektury.”



Napisałem, tylko ukazał się z opóźnieniem. Polecam się na przyszłość, jeśli trzeba byłoby do jakiejś lektury zniechęcić :)





„Tylko, że "Serotonina" to nie "Bolero" Ravela, raczej jakaś piosenka chodnikowa. Jej zwolenników pewnie już samo słuchanie satysfakcjonuje i na pewno nie nudzi.”



Pewnie, na pewno – skąd ta pewność? Może określona liczba powtórzeń paradoksalnie wytrąca z uśpienia.





„Na szczęście można inaczej, można lepiej. I w życiu, i w literaturze.”



Okazuje się, że jednak mówimy jednym głosem.





„Cha, cha, cha. I dla Pascala znalazło się miejsce w tym artykule, by uzasadnić, że odgrzewany kotlet" smakuje wybornie, więcej, że z jedzenia "odgrzewanego kotleta" możemy paradoksalnie odnieść jakąś wymierną korzyść. "Nie kupuję" tego i poczytuje to w ramach nadinterpretacji, zwłaszcza ten fragment o wyłączności i wyjątkowości Houellebecqa. Poza tym nie rozumiem tych wielokrotnych odniesień na temat rozrywkowych oczekiwań czytelniczych. Z jednej strony próbuje Pan przekonać, że "Serotoninę" należy traktować w kategoriach innych niż rozrywkowe (domyślam się, że ma to zachęcić ambitniejszych czytelników do sięgnięcia po tę książkę, co według mnie jest zwyczajną premedytacją, bo ambitny czytelnik nie znajdzie tam tego, o czym Pan pisze, zakładając, że współczesny ambitny czytelnik ma za sobą jakiś bagaż porównawczy, który wychodzi poza czytanie współczesnego chłamu wydawniczego), z drugiej zaś - chce Pan wmówić czytelnikowi, że zły odbiór tej powieści wiąże się z jego rozrywkowymi oczekiwaniami, a przecież nie o to chodzi, żeby Houellebecq napisał książkę łatwą, miłą i przyjemną. Niech pisze trudno, niemile, i nieprzyjemnie. Ale niech będzie to j a k i e ś! A j a k i e ś to nie jest.”



Błędnie się Pani domyśla, jak napisałem powyżej, nie było moją intencją zachęcanie. To nie jest artykuł sponsorowany. Nie rozumiem Pani powodu niezrozumienia czy też sposobu jego opisu (poważnie).




„Najlepiej na wspak, wzdłuż i wszerz. Ach, ironia! "Ta tępa broń słabych i głupich" (cyt za: M. Płaza, "Robinson w Bolechowie", Warszawa 2017, s. 191). A poważnie, lubię ironię, autoironię szczególnie. Jednak posługiwanie się ironią wymaga finezji, a już po tym zamieszczonym przez Pana fragmencie widać, że finezji w tym nie ma za grosz. Ze swej strony mogę powiedzieć, że dalej lepiej nie jest. No ale dosadność zawsze w cenie. Poza tym ironia znika z każdą przerzucaną stroną książki, i głos bohatera zaczyna nabierać coraz bardziej bełkotliwego zabarwienia”



Byłoby faktycznie zaskakujące, gdyby bohater wyskoczył z tekstem w stylu powiedzmy Szymborskiej albo zaserwował coś jeszcze subtelniejszego, niczym z Flaubert. Ale cóż, Flaubert był Flaubertem, a Houellebecq jest Houellebecqiem.





„Czy we współczesnych czasach trzeba tłumaczyć takie rzeczy, tj. że główny bohater nie jest autorem, a autor głównym bohaterem? Że autorem tej książki jest Houellebecq a nie Florent-Claude? Stąd to napomknienie o podwójnej fikcji? I czy to ma być to zapowiadane w artykule novum? Przecież to zabieg dość często stosowany w literaturze polskiej, zagranicznej. Wszelakiej.”



Podwójna fikcja wynika z tego, że mamy książkę w książce, a do tego jeszcze bohater ma poczucie autofikcji.





„Pod warunkiem, że lubimy się oszukiwać i nie mamy w sobie samokrytycyzmu. ;)
Taak. Miłość jako remedium na bezsens życia. Zgodzę się z tą chwytającą za serce, wzruszającą (przynajmniej co niektórych) interpretacją. Nadzieja zatem w Camillach tego świata i niemarnowaniu szans na stworzenie " zdrowych" relacji damsko-męskich.
Tyle jęczenia, by dojść do takiej konkluzji. Mam tu na myśli "Serotoninę", a nie Pański artykuł. ;)”



Być może te najprostsze rozwiązania są najlepsze, tylko w czasach wspomnianego przez Panią konsumpcjonizmu o nich zapomnieliśmy. Dobrze, że niektórzy wśród jęków przypominają ;)




Serdecznie pozdrawiam
pokaż więcej
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 153
Gajusz
10-09-2019 14:17
Bardzo ciekawy tekst, zachęca do sięgnięcia dalej niż tylko w Houellebecqa. Zgadzam się, że zarzuty mogą być w tym przypadku tylko argumentem do głębszego komplementowania. I wpisuję się w poczet tych, którzy czekają na kolejny tytuł autora, bezkrytycznie wierząc (wiedząc?) iż nie jest to czas stracony a wszystko co zarzucane nie jest zamierzone. Jest po prostu częścią stylu, melodii w rytm... Bardzo ciekawy tekst, zachęca do sięgnięcia dalej niż tylko w Houellebecqa. Zgadzam się, że zarzuty mogą być w tym przypadku tylko argumentem do głębszego komplementowania. I wpisuję się w poczet tych, którzy czekają na kolejny tytuł autora, bezkrytycznie wierząc (wiedząc?) iż nie jest to czas stracony a wszystko co zarzucane nie jest zamierzone. Jest po prostu częścią stylu, melodii w rytm której nieliczni mistrzowie pióra podpisują się w tłumie nijakich.
Dorzuciłbym tylko do tego jako "modus operandi" samotność, w obronie której każda książka autora krzyczy.
pokaż więcej
Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie

Opinie czytelników


O książce:
Poza strachem

Z reguły omijam książki napisane w trzeciej osobie, ale tej dałam szansę. W sumie nawet mi się podobała, chociaż gdyby Jodie była narratorem z pewnośc...

zgłoś błąd zgłoś błąd