Lubimyczytać.pl Sp. z o.o
http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/publicystyka/12074/szkice-o-przekladzie-czesc-pierwsza-o-widocznosci

Szkice o przekładzie, część pierwsza. O widoczności

33 wartościowy tekst

My, czytelnicy literatury pięknej, mamy świadomość, że znaczna część naszych lektur napisana została w innych językach i żebyśmy mogli się nimi cieszyć, ktoś musiał je z tamtych języków przetłumaczyć na nasz.

Akurat w Polsce od lat statystyki jasno wykazują, że proporcje literatury tłumaczonej do tej pisanej po naszemu mniej więcej rozkładają się fifty–fifty, choć jeszcze niedawno wyraźną przewagę miała literatura obca (proszę zwrócić uwagę, że na przykład w latach dziewięćdziesiątych rodzimy kryminał czy proza romansowo-obyczajowa – a to one nabijają statystyki czytelnicze – występowały w formie szczątkowej). Mamy zatem dość dobrze ugruntowaną świadomość istnienia zawodu tłumacza literackiego.

To wcale nie wszędzie jest aż tak oczywiste. Weźmy choćby najpotężniejszy współczesny rynek wydawniczy, ten należący do świata anglojęzycznego. Anglosasi – że nazwę tak użytkowników mowy Szekspira z całego globu – są czytelniczo raczej wsobni, nieraz słyszałem opinię, że w Wielkiej Brytanii czy USA łatwiej wydać trzeciorzędnego pisarza anglojęzycznego niż wybitnego twórcę piszącego w jakimkolwiek innym języku. Tamtejsze statystyki są od naszych zgoła odmienne: na wyspach brytyjskich procent przekładów literatury pięknej oscyluje koło pięciu, acz od pewnego czasu nieśmiało rośnie. Pamiętam, jak kiedyś na targach książki w Londynie rozmawiałem z bardzo doświadczoną wydawczynią sporej brytyjskiej oficyny, która właśnie przymierzała się do wydania pierwszej książki znanego polskiego pisarza fantasy: wyznała mi wtedy, że jest very excited, bo to będzie w jej karierze pierwsza książka tłumaczona – i w ogóle to jak się do tego zabrać?

Słowem, w naszym rodzimym kontekście świadomość istnienia tłumacza jest większa, co nie zmienia faktu, że zdaniem wielu – i to nie tylko tłumaczy – niewystarczająca. Tłumaczenie bowiem jest aktem twórczym, nie polega tylko na przepisywaniu z jednego języka na drugi, tylko na stworzeniu w języku docelowym tekstu adekwatnego do oryginału. Tłumacz musi mieć zatem po części kompetencje takie same jak pisarz: musi umieć stworzyć w swoim języku to, co autor stworzył w swoim. Autor zrymował, zrytmizował i ułożył tekst w zgrabny sonecik? Cóż, tłumacz musi zrymować, zrytmizować i zgrabnie ułożyć tekst w sonecik po swojemu. Autor stworzył powieść pełną kolokwializmów i bluzgów? Tłumacz musi sięgnąć do mowy potocznej i niepięknej w swoim języku. Oczywiście tłumacz w buty autora wchodzi tylko w materii języka: historia już jest przecież wymyślona, postaci zbudowane, narrator skonstruowany.

Przeciętny czytelnik na pracę tłumacza często nie zwraca uwagi, tłumacz jest dla niego niewidoczny. W pewnym sensie to nawet dobrze: istnieje wszak mocna tradycja w teorii przekładu, by rolę tłumacza porównywać do szyby – ma pokazać to, co jest w oryginale, samemu nie rzucając się w oczy. Dziecko słuchające czy czytające książki dość szybko dowiaduje się, że jest ktoś taki jak autor/autorka, ale zwykle nie wie albo nie troszczy się o to, jak to się stało, że napisane po szwedzku „Muminki” czy włoski „Pinokio” brzmią nam nagle w polszczyźnie. Wielu czytelników nie przejmuje się tą kwestią także i w dorosłości.

Mam jednak wrażenie, że pokolenie wychowane na „Harrym Potterze” będzie pod tym względem uprzywilejowane. Wielka w tym zasługa polskiego tłumacza serii, Andrzeja Polkowskiego. I nie chodzi mi tu o jakość jego pracy, tylko o „Kilka słów od tłumacza, czyli krótki poradnik dla dociekliwych” – owe posłowia, w których Polkowski objaśnia czytelnikom pewne przekładowe decyzje: podaje brzmienie oryginalnych słów, zwykle nazw własnych i neologizmów, tłumaczy ich wyjściowy sens, pokazuje, z jakiego rodzaju dylematami musiał się mierzyć. Praktyka ta mogła wynikać także z ówczesnych realiów – wszak zanim ukazywał się polski „Harry Potter”, niecierpliwi czytelnicy mieli dostęp do oryginału, a w sieci pojawiały się amatorskie i kolektywne przekłady – ale ponad wszelką wątpliwość jest to fenomenalna robota, która tysiącom młodych (i nie tak młodych) odbiorców w dyskretny i przystępny sposób objawiała ważną prawdę: tę mianowicie, że po pierwsze, tłumacz jest, a po drugie, że podejmuje osobiste, nieoczywiste i bardzo ważne decyzje.

W ogóle przekłady dla dzieci wydają się szczególnie wdzięczne z perspektywy wyciągania tłumaczy z mroku czy półmroku – na dobre i na złe. Proszę sobie przypomnieć dawną już aferę z nowym przekładem „Kubusia Puchatka”. Jak wiadomo, za powszechnie czytaną, kanoniczną wersję odpowiada Irena Tuwim. Tymczasem w 1986 roku nakładem Wydawnictwa Lubelskiego ukazał się nowy przekład, firmowany przez Monikę Adamczyk, która postawiła szokującą dla wielu tezę: wersja pani Tuwim to w sumie nie tyle tłumaczenie, ile adaptacja, dopasowana do oczekiwań dzieci, w wielu miejscach odległa od oryginału. Pani Adamczyk zatem zaprezentowała własną wersję, której odmienność kłuła w oczy już w tytule, Kubuś bowiem stał się Fredzią Phi-Phi.

Afera zrobiła się niesamowita – wprawdzie wtedy nikt nie używał określenia „hejt”, ale tu akurat pasowałoby doskonale, zaś Fredzia Phi-Phi przez lata służyła za dyżurny symbol fatalnego tłumaczenia. Tragiczność tej sytuacji polegała na tym, że pani Adamczyk pod wieloma względami miała rację – w każdym razie w sensie teoretycznym: wersja Ireny Tuwim naprawdę jest miejscami bardzo odległa od oryginału, jest nawet jeden kawałek, który w ogóle wypadł w polskiej wersji. Sęk jednak w tym, że nie pod każdym względem (kto chciałby dowiedzieć się więcej, niech sięgnie do „Gościnności słowa” Jerzego Jarniewicza, jest tam ciekawy szkic à propos) i że literacka jakość nowej wersji pozostawia wiele do życzenia. No i jeszcze kwestia nawyków: ile by racji nie było w uczynieniu z Winnie the Pooh Fredzi Phi-Phi (a jest sporo), to niebezpiecznie jest pogrywać z powszechnymi przyzwyczajeniami.

Poniekąd podobne ryzyko podjął już współcześnie Wojciech Charchalis, biorąc się za nowy przekład „Don Kichota”. Panuje raczej powszechna zgoda, że starą klasykę warto tłumaczyć na nowo, a wręcz, że każde pokolenie winno mieć swój przekład wielkich dzieł – idąc tym tropem, Charchalis postanowił pokazać, że powieść Cervantesa wcale nie jest nudną i przegadaną ramotą rycerską sprzed czterech wieków, tylko bardzo ciekawą i śmieszną powieścią przygodową sprzed czterech wieków. Polszczyzna nowego przekładu dąży do oddania sprawiedliwości tekstowi, ale przy okazji porwał się tłumacz na rzecz ryzykowną, bo pomajstrował przy imionach postaci. Faktycznie zmiany są znaczące: Sancho Pansa (Panza) to Sancho Brzuchacz, a w słowie Rosynant pobrzmiewają skojarzenia z chabetą – stąd Chabetton. Tyle że nowe wersje idą wbrew mocno osadzonemu nawykowi. Reakcje jednak były znacznie łagodniejsze: cóż, Kubuś ma najwyraźniej znacznie więcej psychofanów niż stuknięty szlachcic z La Manczy…

Takie właśnie sytuacje – kiedy tłumacze podejmują jakieś kontrowersyjne, a zatem rzucające się w oczy decyzje – są jak reflektory kierowane na ów zawód: uzmysławiają nam, jak ogromne znaczenie mają ci, którzy przenoszą dzieło z jednego języka na drugi. Choć kiedy tłumacze mówią o widoczności, często mają na myśli także kwestie praktyczne: wprawdzie pomijanie nazwiska autora przekładu w książce od dłuższego czasu zdarza się sporadycznie i jest to jednak praktyka kompromitująca, to już w katalogach, na stronach internetowych, w materiałach prasowych czy przedrukach do niedawna tłumacze pojawiali się bardzo rzadko. Ostatnio to się jednak zmienia, stopniowo doszlusowujemy do wydawniczych standardów, do tego stopnia, że coraz częściej – acz wciąż nie za często – tłumacze pojawiają się na okładkach książek.

Specyfiką polskiego rynku wydawniczego, która ma ogromny i pozytywny wpływ na widoczność przekładu, jest z pewnością tradycja Wielkich Tłumaczy. Przynajmniej od początku XX wieku w naszej przestrzeni kulturowej funkcjonują osoby powszechnie (w każdym razie wśród populacji czytającej) znane właśnie, bądź także, ze względu na swoją działalność przekładową. Wspomnijmy choćby Tadeusza Boya-Żeleńskiego: mógł się pochwalić dokonaniami na wielu polach, ale to właśnie jako tłumacza go pamiętamy. Nic dziwnego – facet wziął i po prostu spolszczył literaturę francuską, dorobek niesamowity. Symptomatyczne jest to, że choć wedle dzisiejszych norm i zasad jego przekłady nie są wolne od grzechów – miejscami daleko idąca dowolność i odbieganie od oryginału podnoszone są najczęściej – w niczym nie osłabia to jego pozycji. Mamy takie projekty, jak nowy przekład „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta, ale wydaje mi się, że wszyscy zainteresowani dalecy są od jakiejś wizji literackiego zamachu na wielkiego pioniera. Inny przykład: Stanisław Barańczak. Wybitny poeta, świetny eseista – ale większość z nas zna go przede wszystkim z niesamowitych przekładów. Postaci takich posiadamy całkiem sporo, bo też tłumacze bardzo często nie ograniczali się do pracy w zaciszu gabinetów, tylko aktywnie zabierali głos: opowiadali o swoich autorach, starali się o ich wydawanie, pisali o nich, stawali się ambasadorami „swoich” literatur.

Inna sprawa, że wśród polskich pisarzy nie brak – i dziś, i dawniej – aktywnych i świetnych tłumaczy. Ale o tym będzie następnym razem.


Pokaż wszystkie teksty publicystyczne.
Komentarze
Autor:  Tomasz |  wypowiedzi: 45  [pokaż ostatnią] Odpowiedź
książek: 155
Krzysztof
27-05-2019 10:46
Harlan Coben w swoich książkach często pisze o koszykówce, szkoda, że w którejś powieści tłumacz miał tak mało pojęcia o tej dyscyplinie sportu, że jest to niezrozumiałe nawet dla kogoś kto się interesuje nią na co dzień.
książek: 847
Piotr
27-05-2019 19:34
Tłumacz nie ma szans znać się na wszystkim. Rzecz w tym, żeby potrafił znaleźć odpowiednie słownictwo. Sam musiałem kiedyś przełożyć kilka mocno koszykarskich rozdziałów i mam nadzieję, że poprawnie. :)
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 2959
8_oclock
27-05-2019 22:30
Jedna z tłumaczek "Żywostatków" w ogóle popsuła mi przyjemność czytania książki.

Z kolei do niektórych tłumaczeń bardzo się przywiązuję, przykładem jest tu wspomniana "Ania z Zielonego Wzgórza", baśnie braci Grimm czytane w dzieciństwie (nawet nie wiem, kto je tłumaczył - ale wiem, kto nie!) Inne mogą być dobre, ale... nie takie.

Zmiana tytułu oryginału "pod publiczkę", na zasadzie...
Jedna z tłumaczek "Żywostatków" w ogóle popsuła mi przyjemność czytania książki.

Z kolei do niektórych tłumaczeń bardzo się przywiązuję, przykładem jest tu wspomniana "Ania z Zielonego Wzgórza", baśnie braci Grimm czytane w dzieciństwie (nawet nie wiem, kto je tłumaczył - ale wiem, kto nie!) Inne mogą być dobre, ale... nie takie.

Zmiana tytułu oryginału "pod publiczkę", na zasadzie "chwytliwego" tytułu, żeby wydawnictwo zwiększyło obroty, zazwyczaj mnie irytuje. Tu jako przykład podam (tandetny i zniechęcający) tytuł: "Dziewczyna, która pływała z delfinami" :(
pokaż więcej
książek: 1813
Renax
28-05-2019 06:11
A ja przeczytałam też Anię w oryginale. Całkiem ciekawe doświadczenie.
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 0
konto_usuniete
30-05-2019 15:25
Uwielbiam wywiady z tłumaczami i wszelkie ich wypowiedzi. Dziękuję za powyższy tekst i dołączam tu coś więcej, jakby ktoś miał ochotę poczytać. :)
http://stl.org.pl/baza-wiedzy/tlumacze-o-sobie/
książek: 0
konto_usuniete
30-05-2019 15:28
I jeszcze! http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,18243043,_Jedna_ksiazka_rano__druga_wieczorem__zeby_sie_nie.html


https://www.theparisreview.org/blog/2015/04/28/translating-knausgaard-an-interview-with-don-bartlett/

https://lareviewofbooks.org/article/multilingual-wordsmiths-part-6-don-bartlett-on-bringing-us-karl-ove-knausgaard/
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 30
filifionka
02-06-2019 09:52
Moim zdaniem dobry tłumacz powinien bardzo dobrze znać nie tylko język, z którego tłumaczy, ale przede wszystkim język polski , a z tym niestety bywa bardzo różnie. Przez całe swoje życie zawodowe pracowałam w bibliotece i mogę wiele na ten temat powiedzieć. Pamiętam poronione tłumaczenie niejakiego p.Piotrowskiego "Ani z Zielonego Wzgórza", w którym w/w przetłumaczył tytuł jednego z... Moim zdaniem dobry tłumacz powinien bardzo dobrze znać nie tylko język, z którego tłumaczy, ale przede wszystkim język polski , a z tym niestety bywa bardzo różnie. Przez całe swoje życie zawodowe pracowałam w bibliotece i mogę wiele na ten temat powiedzieć. Pamiętam poronione tłumaczenie niejakiego p.Piotrowskiego "Ani z Zielonego Wzgórza", w którym w/w przetłumaczył tytuł jednego z rozdziałów, który w znanym tłumaczeniu brzmiał "Burza w szkolnej szklance wody", na "Burza w filiżance", co jest kompletnie bez sensu i nie ma takiego powiedzenia w języku polskim.Takich przykładów jest niestety wiele na czele z ową nieszczęsną Fredzią Phi Phi, na temat której już wypowiadałam się na fb. Ongiś, wiele lat temu czytałam w jednej z książek Juliana Tuwima (bodajże "Pegaz dęba"ale nie jestem pewna) jego zmagania z tłumaczeniem z rosyjskiego jednego wersu, tak aby wierność oryginału została zachowana ale jednocześnie nie "raniła" języka polskiego. Polecam ten tekst wszystkim obecnym i przyszłym tłumaczom. Ogromne, oczywiście pozytywne wrażenie wywarło na mnie tłumaczenie przez Pana Filipa Łobodzińskiego przygód Kapitana Alatriste Arturo Perez Reverte, moim zdaniem genialne. A tak na koniec mojej przydługiej wypowiedzi pozwolę sobie przytoczyć słowa niezapomnianego Wojciecha Młynarskiego, który w jednym ze swoich tekstów napisał:" dobre tłumaczenie jest jak kobieta, jak wierna to niepiękna, a jak piękna to niewierna"
pokaż więcej
książek: 861
Ambrose
09-06-2019 11:57
Ja zacząłem doceniać rolę tłumacza, kiedy zainteresowałem się literaturą japońską. W przypadku przekładów autorów z Kraju Kwitnącej Wiśni, bardzo często oprócz samego tekstu przełożonego z japońskiego, mamy też do czynienia z przybliżeniem różnych obliczy japońskiej kultury. W rezultacie tłumacz nie jest tylko tłumaczem, ale i przewodnikiem po orientalnym z naszego punktu widzenia świecie.

W...
Ja zacząłem doceniać rolę tłumacza, kiedy zainteresowałem się literaturą japońską. W przypadku przekładów autorów z Kraju Kwitnącej Wiśni, bardzo często oprócz samego tekstu przełożonego z japońskiego, mamy też do czynienia z przybliżeniem różnych obliczy japońskiej kultury. W rezultacie tłumacz nie jest tylko tłumaczem, ale i przewodnikiem po orientalnym z naszego punktu widzenia świecie.

W chwili obecnej zawsze zwracam uwagę na pracę translatorską. Nierzadko sięgając po dane tytuły kieruję się też nazwiskiem tłumacza.

A co do przedmów bądź posłów to sądzę, że byłoby super, gdyby każda przełożona książka mogła się takowym pochwalić. Kiedy tłumacz dzieli się z nami swoimi refleksjami, sygnalizuje wykonaną pracę, przybliża napotkane problemy, to znacznie łatwiej jest nam docenić jego wysiłek.
pokaż więcej
książek: 1356
Monika
09-06-2019 23:49

przewodnikiem po orientalnym z naszego punktu widzenia świecie


Jak już zajmujemy się tłumaczeniami i językiem, to pozwolę sobie na uwagę.
Z naszego lub jakiegoś innego punktu widzenia coś może być na przykład egzotyczne, obce, nieznane, dalekie, nawet wschodnie. Choć w tym ostatnim przypadku czasem określenie nie zawsze ma związek z naszym punktem widzenia kierunków świata, więc nie zawsze coś...

przewodnikiem po orientalnym z naszego punktu widzenia świecie


Jak już zajmujemy się tłumaczeniami i językiem, to pozwolę sobie na uwagę.
Z naszego lub jakiegoś innego punktu widzenia coś może być na przykład egzotyczne, obce, nieznane, dalekie, nawet wschodnie. Choć w tym ostatnim przypadku czasem określenie nie zawsze ma związek z naszym punktem widzenia kierunków świata, więc nie zawsze coś jest wschodnie z naszego punktu widzenia, czasem może być po prostu wschodnie, bez określania punktu odniesienia jako naszego, bo może nie być nasz, może być jakoś umowny, od kogoś przejęty (np. w pewnych krajach na południe od nas żyją wierni obrządków wschodnich - czyj jest ten punkt widzenia, według którego są one wschodnie?, czy na pewno nasz, a jeśli nasz, to kim w tym przypadku jesteśmy "my"?).

Jeśli natomiast mówimy o czymś "orientalne", to nie ma żadnych punktów widzenia do wyboru i żadnych zależnych od punktu widzenia różnic w tym, jaką pulę obiektów można orientalnymi nazwać. Orientalne jest to, co związane z Orientem, a Orient dawno temu zdefiniowała historia (jest to pewien określony Wschód, nazywany wschodem, orientis, w pewnej przeszłości i w pewnym konkretnym języku, z którego wiele innych zapożyczyło tę nazwę już nie w ogólnym znaczeniu wschodu, ale jako nazwę własną pewnego zbioru egzotycznych krain i zamieszkujących je kultur, jako ten jeden konkretny Wschód, a nie jakiś tam wschód lub dowolny ze wszystkich możliwych wschodów). Dla wszystkich, którzy używają tego słowa, orientalne jest to samo, natomiast samo użycie tego określenia identyfikuje autora wypowiedzi jako Europejczyka lub spadkobiercę kultury europejskiej, a zatem punkt widzenia wypowiadającego się jest określony poprzez sam dobór takiego właśnie słowa.


W ogóle ciekawe słowa: Orient, orientalny, orientalnie - należy z nimi uważać, bo w tłumaczeniu czy w fikcji nie powinny pojawić się w wypowiedziach osób innych kultur, a w fantastyce w ogóle nie powinny wystąpić w dostatecznie niezależnych od naszego światach. Bo ich obecność w naszym języku tak jest obciążona historią, że ich znaczenie, w języku oryginalnym neutralne i powiązane po prostu ze wschodem, u nas powiązało się z konkretnymi realiami, przez co słowa te nie mogą wystąpić w oderwaniu od nich. Orientalne jest to, co w określonym czasie nazywali wschodnim użytkownicy konkretnego języka - nie może być orientalne coś, czego tak nie określano wtedy, kiedy to słowo wchodziło do języka i kiedy kształtowało się jego obecne znaczenie i nie można tego słowa użyć w języku, który nie zawdzięcza go bezpośrednio lub pośrednio łacinie.
Jak je kiedyś znajdę w jakimś świecie fantasy, to dołączy do kolekcji takich gaf autorów i tłumaczy, jak ożaglowanie łacińskie, ziele angielskie i choroby weneryczne :)
pokaż więcej
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie

Opinie czytelników


O książce:
Cząstki elementarne

Bracia. Żaden nie ma życiu porządnej kopulacji. Jeden na męskim autopilocie, dociera potrzeby na prostytuujących się manekinach. Drugi zatarł się już...

zgłoś błąd zgłoś błąd