Lubimyczytać.pl Sp. z o.o
http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/publicystyka/11610/1001-drobiazgow-o-ksiazkach-i-czytaniu

1001 drobiazgów o książkach i czytaniu

36 wartościowy tekst

Podtytuł tego artykułu mógłby brzmieć „jak przeżyć ekstremalne wyzwanie czytelnicze”. Nie chodzi tylko o Wyzwanie czytelnicze LC, ale też o inne, prywatne listy książek do przeczytania. Okazuje się, że ich sporządzenie jest tylko pierwszym krokiem – później czeka nas jeszcze trochę trudności na drodze do upragnionej lektury.

Dawno, bardzo dawno temu, w poprzednim wieku, a nawet tysiącleciu, zaczęłam zapisywać listy książek do przeczytania. W pierwszej dekadzie tego wieku zainspirowana publikacją „1001 książek, które musisz przeczytać” sporządziłam najdłuższą z nich. Ponad dwa lata temu sformalizowałam projekt „1001 książek, które w życiu przeczytam” i założyłam bloga, na którym dzielę się refleksjami z lektury. Może pamiętacie mój tekst na ten temat. Wzbudził on wasze zainteresowanie oraz wywołał ciekawą dyskusję nad sensem planowania i narzucania sobie lektur. Z perspektywy czasu wiem, że samo czytanie książek według mojej Listy to śmieszny drobiazg w obliczu innych pojawiających się trudności związanych z realizacją projektu. Jeśli jesteście ciekawi, co może być trudnego w czytaniu książek, które samemu się zaplanowało do lektury – to ten artykuł jest dla was. Zapraszam!

Sporządzanie Listy, czyli trudne początki (porządki)

Może myślicie: co jest trudnego w przepisaniu listy z książki, o której wyżej wspomniałam? Wydawać się może, że to nic takiego, ale ma ona aż 1001 pozycji. Drobiazg doprawdy. Poza tym w woluminie nigdzie nie znajduje się zwarta lista, zatem trzeba przejrzeć cały opasły tom (960 stron!), by spisać tytuły i autorów z każdej strony. Sprytny czytelnik podpowie, że prawdopodobnie można skopiować listę z sieci, co faktycznie jest prawdą, ale w odniesieniu do listy anglojęzycznej. Na dodatek, dla urozmaicenia, jest tych list kilka, zatem warto skonfrontować tę znalezioną z wydaniem książki, którym się dysponuje, miała ona bowiem dwie edycje polskie (2008 i 2014) i siedem angielskich (dwie w roku 2006, 2008, 2010, 2012, 2018). I teraz rozpoczyna się najciekawszy (i najżmudniejszy) etap – wpisanie tytułów polskich wydań sugerowanych książek. Wbrew bowiem temu, czego można by się spodziewać, w tomisku – pierwowzorze – panuje w tej kwestii uroczy chaos: adekwatne polskie tytuły sąsiadują z tytułami angielskimi książek nieopublikowanych po polsku oraz tych, które zostały wydane, ale nie umieszczono ich polskiego odpowiednika, a na dodatek znaleźć można polskie warianty pozycji w naszym kraju niewydanych. Aby ogarnąć nieco ten bałagan, nie pozostaje nic innego, tylko oddać się pracy bibliograficznej, czyli przeszukać sieciowe katalogi, wykazy bibliograficzne oraz biogramy pisarzy w największej internetowej encyklopedii.

W dziewięciu przypadkach zadanie jest dziecinnie proste, bowiem obejmuje książki polskich autorów (m.in. „Quo vadis” Henryka Sienkiewicza i „Nienasycenie” Stanisława Ignacego Witkiewicza). Nie nastręczają większych trudności także tytuły powszechnie znane, jak „Sto lat samotności” G.G. Marqueza czy „Mistrz i Małgorzata” M. Bułhakowa. Nawet jednak wtedy, gdy tytuł jest znany, warto sprawdzić go w katalogu, mógł bowiem mieć różne warianty w polskich przekładach. I tak np. dzieło Johna le Carré „The Spy Who Came in from the Cold” znajdziemy po polsku jako „Z przejmującego zimna”, „Uciec z zimna” i „Ze śmiertelnego zimna” (co ciekawe, nigdzie nie pojawia się tytułowy szpieg z oryginału), zaś „The Things They Carried” Tima O’Briena w przekładach na nasz język ojczysty funkcjonuje jako „Rzeczy, które nieśli” i „Krzycz, kiedy milczą anioły”. Inną drobną atrakcję fundują nam wydawcy, zmieniając pisownię tego samego tytułu i stąd „120 dni Sodomy...” lub „Sto dwadzieścia dni Sodomy...” markiza de Sade, co oczywiście nie pozostaje bez znaczenia w czasie szukania książki w katalogu bibliotecznym czy wyszukiwarce księgarni internetowej.

Najciekawszą jednak niespodziankę zafundował nam jeden z wybitnych polskich tłumaczy, znający ponad 30 języków Robert Stiller, przygotowawszy dwa różne tłumaczenia tego samego utworu. Wykorzystując fakt, że „The Clockwork Orange” Anthony’ego Burgessa zawierała stworzony przez autora slang, będący hybrydą potocznego języka angielskiego z zapożyczeniami rosyjskimi, tłumacz opublikował „Mechaniczną pomarańczę” (wersja polsko-rosyjska, tzw. wersja R), a następnie „Nakręcaną pomarańczę” (wersja polsko-angielska, tzw. wersja A). Zapowiadał również wersję N – germanizowaną – o tytule „Sprężynowa pomarańcza”, która jednak się nie ukazała, choć... kto wie, co kryje archiwum Stillera?

Po tych drobnych trudnościach przychodzi jednak czas na prawdziwe wyzwanie, a w zasadzie na prace wykopaliskowe, nie tylko w przepastnych archiwach sieci. Oto bowiem na swoją kolej czekają niewinne nowele czy opowiadania. Czasem ich umiejscowienie w polskich wydaniach nie nastręcza zbyt wielkich trudności, choć może wymagać przekartkowania kilku dzieł autora – ot, odnalezienie w którym tomie znajduje się „Skradziony list” E.A. Poego lub umiejscowienie „W przededniu” I. Turgieniewa w tomie drugim jego „Dzieł wybranych”. Innym razem wymaga większych wysiłków, jak choćby wiercenie dziury w brzuchu jednemu z użytkowników Lubimy Czytać, by zmotywować go do sprawdzenia spisu treści w posiadanej przez siebie książce i przepisanie tegoż do opisu książki na portalu (ukłony dla pana Marka). Niekiedy jednak to prawdziwa robota dla detektywa: do czasu ukazania się po polsku „W ciemnym zwierciadle (In a Glass Darkly)” Josepha Sheridana Le Fanu (2015) można było przeczytać tylko trzy opowiadania ze zbioru: wydane osobno „Carmilla” i „Pokój w gospodzie »Pod Smokiem«” oraz „Zieloną herbatę” zamieszczoną w tomie „Opowieści z dreszczykiem. Noc pierwsza”. Informacje te dostępne są dopiero wtedy, gdy przestudiuje się zawartość (lub choćby spis treści) oryginalnego tomu i przeanalizuje dane bibliograficzne utworów pisarza wydanych w Polsce.

Drobiazgowe te poszukiwania dobrze przygotowują na kolejny etap pracy, czyli robotę z pędzelkiem lub układanie całości z dostępnych szczątków. Oto bowiem kolej na dzieła, których odszukanie w katalogach (nawet Biblioteki Narodowej) nastręcza nie lada trudności, bowiem albo gdzieś tylko o nich wspomniano, albo ukazały się w czasopismach (m.in. „Trał” B.S Johnsona w „Literaturze na świecie” nr 7-8 z 2008) i jako dodatki do popularnych tygodników (tak, tak, przed stu laty też praktykowano taką popularyzację literatury) lub zostały opublikowane przez wydawców periodyków, np. „Dziecko rozkoszy” Gabryela D'Annunzio z 1896 roku (wydanie pierwsze i jedyne). Istnieją też w naszym języku takie pozycje z mojej Listy, które można znaleźć tylko we fragmentach w książkach naukowych (casus literatury japońskiej z X-XI wieku).

Uporządkowanie tego w przejrzystej formie udało się dzięki tabeli, która zajmuje – drobiazg – tylko 44 strony w wordzie. Przygotowanie jej zajęło mi drobne 3-4 miesiące. Spójrzcie, proszę, na poniższą tabelkę (fragment oryginału) – dobrze obrazuje ostatni podany wyżej przykład oraz formę mojej Listy. Książki ułożono chronologicznie, zgodnie z rokiem (okresem) publikacji. Daty przy polskich edycjach wskazują na ostatnie (najnowsze) wydanie.

Poszukiwanie książek, czyli sokole oko

Uff, najgorsze za mną. Na tym etapie na początek niezbędna okazuje się dobra pamięć (własna lub zewnętrzna, czyli telefon, a najlepiej obie naraz). Teraz już czas na szukanie kolejnych tytułów do czytania. Dwa źródła od razu nasuwają się jako oczywiste: domowa biblioteczka oraz publiczna wypożyczalnia. W tej pierwszej dumne pręży swoje grzbiety mniej więcej ćwierć tysiąca tomów, czekając na łaskawe zainteresowanie właścicielki, która chętnie je głaszcze, czasem wyjmuje, wącha i kartkuje, po czym... odkłada na miejsce, wezwana przez inne, pilniejsze zajęcia (ratowanie świata od zagłady przez wyłączenie kipiącej zupy lub bezwstydne oglądanie ekranizacji jednej z nieprzeczytanych książek – vide „Blaszany bębenek” Güntera Grassa). W drugiej systematycznie podbijam statystyki wypożyczeń, biegając do kolejnych filii biblioteki miejskiej, tak to bowiem przemyślnie zaplanowano, by czytelnik pragnący wypożyczyć np. kilka książek tego samego autora (Margaret Atwood), a nawet kolejne tomy serii, musiał każdą z nich dostać w innym miejscu. Realizuje (ten czytelnik, czyli pisząca te słowa) tym samym dwa priorytety społeczne – zwiększa poziom czytelnictwa i uczestnictwa w kulturze (kilka wizyt w bibliotece zamiast jednej, rozumiecie) oraz podnosi poziom uczestnictwa w życiu lokalnym (w okolicach niektórych filii biblioteki spotkać można osoby o odmiennym podejściu do życia, oddające się degustacji płynów produkcji lokalnych browarni, i wymienić z nimi ciekawymi uwagami, niekoniecznie na temat czytania książek). Nie wspomnę już o ważkiej roli aktywności ruchowej na świeżym powietrzu dla zdrowia fizycznego i psychicznego takiego mola książkowego, prezentującego wszystkie standardowe dla tegoż deformacje ciała i zmysłów (pochylona głowa, wydłużone ręce, krótki wzrok i inne).

Dzięki takim długoterminowym projektom człowiek docenia, jak nigdy, obecność w swoim życiu członków tak zwanej rodziny generacyjnej, a jeszcze bardziej – jej księgozbiorów. Można bowiem prawie dowolnie korzystać z niektórych książek bez konieczności ich wypożyczania na określony czas (i zagrożenia karą finansową za przetrzymanie). Przydaje się bardzo rodzicielski komplet „Księgi tysiąca i jednej nocy” w 9 tomach (połowa półki w regale), zdobyty spod lady (wujek księgarz to skarb) w czasach, gdy czytelnictwo w Polsce przeżywało swój szczytowy okres, choć w księgarniach dostać od ręki można było tylko „Dzieła wszystkie” Lenina (55 tomów!). Bez zwłoki wyciąga się także ze stosu książek do sprzedania/oddania w domu siostry dawno poszukiwany (i niedostępny w bibliotece) utwór „Kain” José Saramago. Nie koniec na tym, bowiem motywując się li tylko miłością siostrzaną, odwiedza się siostrę w jej miejscu pracy i czujnym okiem natychmiast wyłapuje na małym regale w korytarzu trzy tytuły z Listy. Zapytując niewinnie, co to za książki, otrzymuje się informację, że na wymianę – można wziąć, ale trzeba coś w zamian zostawić. Błyskawicznie wykorzystując okazję, łapie się upatrzone tomy i obiecuje uzupełnić brak w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Czytanie bardzo poprawia też życie towarzyskie. Można np. wybrać się do dawno niewidzianej koleżanki, pasjami porządkującej swoją obszerną domową bibliotekę, a mieszkającej kilkanaście kilometrów pod miastem, nie przejmując się tym, że autobus miejski kursuje tam tylko trzy razy dziennie. Potem przypadkowo wejść do kotłowni w jej domu, gdzie w stosie starych tomów, rzuconych bezładnie obok pieca, udaje się wyłowić aż kilkadziesiąt „listowych” pozycji, nie pierwszej świeżości co prawda, ale komu przeszkadza odrobina sadzy przy lekturze. Puchnie się przy tym z dumy, jako gorąca entuzjastka ruchu zero waste, że właśnie ocaliło się jakiś fragment lasu. Następnie, otwierając szeroko oczy na wieść o tym, że ostatni autobus już odjechał, wypada się łaskawie zgodzić się na odwiezienie do domu.

W księgarniach stacjonarnych wytrawne oko natychmiast wychwytuje oznaczenia „Rabat”, „3 za 2” lub „Wyprzedaż” i współpracując z resztą ciała natychmiast przemieszczającego się w tamtym kierunku, błyskawicznie skanuje okładki w poszukiwaniu brakujących tytułów. Gdy je znajdzie, osoba łapie je wnet i bez ociągania zmierza do kasy. Kiedy jednak jakoś nic nie przyciąga jej uwagi, czytelniczka na wszelki wypadek sprawdza w telefonie (aplikacja LC) umiejscowienie na wirtualnych półkach tytułów, które brzmią podejrzanie znajomo. W supermarketach łowczyni książkowa, wzgardliwie omijając kosze z fantastyczną koronkową bielizną prawie za darmo i przepychając się przez tłum podekscytowanych osobniczek w rozmaitym wieku i o różnych kształtach obejmujących cały zakres rozmiarówki damskiej, udaje się w pobliże regałów lub koszy i metodycznie przegląda każdy, mniej lub bardziej sfatygowany tom. Udaje się jej w ten sposób złowić kilka wydań kieszonkowych (np. „Dziewczęta i kobiety” Alice Munro) oraz nieco standardowych – na wyprzedaży w drugi dzień roku, gdy brak klientów bije po oczach. Najwięcej zdobyczy zawdzięcza jednak tanim księgarniom, nawet tym nadmorskim, umiejscowionym w przeciwnym kierunku niż droga na plażę.

W sieci poszukiwaczka literackich skarbów cierpliwie odwiedza kolejne księgarnie internetowe (nie gardząc też serwisami aukcyjnymi), błogosławiąc zwłaszcza te, które mają zakładkę Outlet, Tania Książka lub Wyprzedaż. Błyskawicznie opanowuje też wszystkie triki obniżające cenę książki (m.in. przekierowanie się na stronę księgarni z porównywarek cen). Pilnie studiuje również fora na LC o wymianie lub sprzedaży książek. Uprawia także handel wymienny z okazyjnymi korespondentami z portalu (takisobiejac – pozdrowienia). Wykorzystując swój status oficjalnego recenzenta LC, zamawia książki z Listy (19 tytułów, jak dotąd), które potem musi szybko czytać i w dodatku, wyobraźcie sobie, napisać recenzje (co ma również dobre strony, bo potem może je wrzucić na bloga). Ściąga sobie legalnie darmowy pdf książki, której nakład dawno się wyczerpał („Pamiętniki nerwowo chorego” Daniela P. Schrebera) ze strony jej wydawcy. Zakłada bloga projektu i prosi wydawnictwa o wsparcie w postaci jednego egzemplarza książki (z Listy), niedawno przez nich opublikowanej lub wznowionej. Najczęściej spotyka się z uprzejmym milczeniem, ale kilka sympatycznych oficyn odpowiada i po wymianie miłych wiadomości wysyła swoje książki (serdeczności dla wydawnictw: Publicat, Drzewo Babel, Państwowego Instytutu Wydawniczego i Czytelnika).

Nie od rzeczy okazuje się także wyprawa na Targi Książki w Poznaniu. Dzięki miłemu zwyczajowi sprzedaży końcówek nakładów za symboliczną dychę przytula do swojej czytelniczej piersi duet nowalijek (m.in. „Tessa d’Urberville. Historia kobiety czystej” Thomasa Hardy’ego). Po pilnym udziale w kilku ciekawych wykładach kobieta targowa udaje się na wymianę książek LC „Z półki na półkę”, gdzie obserwuje z uśmiechem innych czytelników zachłannie chwytających błyszczące okładkami romansowe słodkości lub świeżo wypuszczone dzieła pisarza wydającego kilka tytułów rocznie i spokojnie bierze dwie wzgardzone przez innych powieści: „Odwet oceanu” Franka Schätzinga i „Rącze konie” Cormaca McCarthy’ego. Po powrocie do domu z satysfakcją dodaje obie na półki „Chcę przeczytać” i „1001 książek – do przeczytania” na swoim koncie.

To była przyjemniejsza część opowieści. A teraz zaczynają się schody: jak bowiem zdobyć taki np. „Klasztor” Waltera Scotta, wydany co prawda dwa razy, ale za to w roku 1830 i 1875? Wypożyczyć z Biblioteki Narodowej się nie da. Albo opublikowanego znacznie później „Lwa z Flandrii” Hendrika Conscience’a (1915 i 1930)? Poszukać ich w niemieckich bibliotekach, gdzie może trafiły w czasie drugiej wojny światowej jako zagrabione mienie polskie, i niepostrzeżenie wynieść pod kurtką? Wydać się za mąż za milionera i poprosić o zakup jakiegoś odnalezionego egzemplarza na aukcji w ramach prezentu imieninowego? Uwieść kogoś w Bibliotece Narodowej i namówić do popełnienia przestępstwa i zeskanowania ich egzemplarza? Sami widzicie, że życie książkofila to nieustanne dylematy moralne.

A co z 308 tytułami niewydanymi po polsku? Kupować oryginalne wydania? Ale jak je przeczytać, nie znając języka? Czekać na polskie edycje, bombardując wszystkie oficyny wydawnicze prośbami od wielu czytelników (z fikcyjnych adresów e-mailowych) usychających z tęsknoty za lekturą tych niepoczytnych dzieł? Przetłumaczyć samej? Zaprzyjaźnić się z rozmaitymi filologami i używając swych licznych wdzięków, przekonać ich, że tylko oni są w stanie kongenialnie przełożyć właśnie to dzieło literatury na polszczyznę? Przeczytać książkę chińskiego lub holenderskiego pisarza w przekładzie angielskim? Po dłuższym rozważaniu tematu muszę w ramach profilaktyki zdrowia psychicznego pogłaskać swoje domowe zbiory i mrugając do nich przekornie, westchnąć jak Scarlett O’Hara: „Pomyślę o tym jutro”.

Czytanie, czyli odpoczynek wojowniczki

Po tych wszystkich perypetiach lektura wydaje się czystą przyjemnością i nawet taki „Ulisses” J. Joyce’a okazuje się lekką i miłą rozrywką. Nie przerażają mnie opasłe tomiska (1008 stron książki „2666” R. Bolaño) czy całe cykle (7 tomów „W poszukiwaniu straconego czasu” M. Prousta). W istocie samo czytanie to relaks i przyjemność, gdyby nie pewien drobiazg... Dlaczego na świecie jest tak dużo książek?! I za jakie grzechy odczuwam pragnienie lektury znacznej ich części? Spokojnie zanurzam się w książkowym świecie, gdy wtem przypominam sobie, że miałam zajrzeć na moje konto biblioteczne. A tam, proszę bardzo – cztery książki do oddania za dwa dni, bez możliwości prolongowania, bo już zamówione przez innych czytelników (co za ludzie!). Zatem z bólem serca odkładam tak ciekawie zapowiadającą się lekturę i czytam biblioteczne tomy, zabierając je ze sobą do kąpieli, kolejki do lekarza, na imieniny cioci (podczytuję fragmenty w pustej sypialni) oraz zarywając noce.

Po pewnym czasie wracam do lektury i już się wciągnęłam, a tu dziecko męczy „poczytaj mi mamo/ciociu” i dodaje, że to rozwija wyobraźnię. Mrucząc pod nosem, że szkoda, że mojej nie mogę rozwinąć, biorę do rąk dziecięcą lekturę, dziwiąc się, że małolat tak lubi czytanie (po kim to ma, pytam się) i zastanawiając, czy takie silne zaangażowanie emocjonalne i wytężona uwaga nie są aby szkodliwe dla rozwoju dzieciaka. W czasie nieobecności nieletniego przeglądam sobie setki nowości wydawniczych, dodając na półkę „Chcę przeczytać” tylko co dziesiątą, aż tu nagle... nowy Javier Marías, albo – wprost przeciwnie – Antonio Tabucchi. Przecież nie mogę nie przeczytać! A może sobie coś zamówię do recenzji, ale tylko dwie, trzy... osiem to przecież nie tak dużo. A, i na blogi zajrzę. Przez pół roku nic nie napisałam? Niemożliwe. Dobrze, to chociaż zacznę nowy post, potem to już pójdzie z górki.

Znowu siadam: kanapa, książka, czytam. Przypomniało mi się coś – jak to szło? „Wypłynąłem na suchego przestwór oceanu”. Miałam obejrzeć jeszcze raz „Dzień świra”, bo już nic nie pamiętam. To może przy okazji jeszcze te dwa filmy, które ostatnio kupiłam. Albo choć jeden, bo już północ, a jutro wstaję o szóstej. A potem jest Plebiscyt Książka Roku 2018 i chcę głosować, ale jakoś tak głupio, bo tylko trzy książki znam ze wszystkich nominowanych. To chociaż przeczytam jeszcze te cztery, które mam w domu. I trzy dziecięce zamówię w bibliotece, bo są dostępne. W weekend wypadałoby spotkać się z rodziną, bo dawno ich nie widziałam. W niedzielny wieczór siadam do lektury i już otwieram książkę, ale zaraz... Zapomniałam, że miałam coś przygotować na jutro do pracy... Na pewno zdążę, przecież to drobiazg.

Pisanie bloga, czyli jak szybciej myśleć niż czytać

Przeczytałam kolejną książkę z Listy. Zaznaczam: na papierowej liście (ptaszek), na lischallenges.com (kliknięcia), na LC (przenoszę z półki „1001 książek – do przeczytania” na „1001 książek – przeczytane”) i w tomisku „1001 książek, które musisz przeczytać” (ptaszek na stronie z opisem danego tytułu). Samo czytanie zabrało mi dwa-trzy dni, tydzień przy „tysięcznikach” (tom liczący powyżej 1000 stron). Potem rozmyślam o lekturze, uruchamiam skojarzenia, czasem potrzebny jest seans przypominający jej ekranizację. Mija dzień, dwa, tydzień. Czytam kolejną książkę i następną. Do pracy też jeszcze mi się przyda ta publikacja naukowa, to zajrzę chociaż... I pierwsza lektura rozmywa się w oceanie słów, emocji i refleksji. Zapominam, więc potem kartuję. Albo czytam jeszcze raz, i jeszcze („Kroniki portowe” Annie Proulx). W tym samym czasie recenzuję jakiś patronat LC. A potem laptop odmawia mi posłuszeństwa i przez tydzień nie mogę go uruchomić. I jeszcze niespodziewany wyjazd na kilka dni, podczas którego nie mam prawie wolnego czasu, że już nie wspomnę o chwili do namysłu. Na blogu projektu mam dziesięć rozpoczętych postów – zatem który dokończyć w pierwszej kolejności?

Jak to zrobić, żeby szybciej myśleć i pisać, niż czytać? A może pisać już w trakcie czytania? Tylko że wtedy nie skoncentruję się na książce. Przeczytać recenzje i opinie innych i sklecić z tego jakąś własną? Nie, przecież nigdy tak nie robię, to bez sensu, miałam jakiś niezły pomysł na tę książkę, tylko nic już nie pamiętam. Może robić krótkie notatki w telefonie lub w notesie, zapisywać takie drobiazgi? Tylko trochę szkoda czasu później na ich przepisywanie. A zatem może na dyktafon? Przecież lepiej mi się myśli, gdy piszę, bo wtedy układa mi się wszystko w głowie, a jak mówię, to powstaje tylko artystyczny nieład słowny. Może zaordynować sobie energetyki? Nie, nie lubię ich, a myśli mi śmigają wtedy jak spłoszone konie i tym bardziej nic z tego nie wyjdzie. Może powinnam zatrudnić sekretarza? A najlepiej się sklonować, ale w wersji z poprawioną pamięcią i koncentracją, za to z obniżonym poziomem energii.

Konsekwentnie za to realizuję wszystkie antyporady dotyczące prowadzenia bloga – publikuję nieregularnie, rzadko, bez fajerwerków, nie chwalę się o tym na FB, piszę długie posty i zamieszczam tylko jedno zdjęcie, na dodatek używam skomplikowanego języka i zdań wielokrotnie złożonych ze zdań złożonych wielokrotnie. Zapewne nikt go nie czyta, po co się więc tym przejmować? Kolejny drobiazg.

Aktualizowanie Listy, czyli książkowy szpieg

Pamiętacie jeszcze pierwszy etap, czyli sporządzanie Listy książek? Ucieszy was zatem może drobna informacja, że po wszystkich opisanych tam atrakcjach trzeba ją stale poprawiać i aktualizować. W tym celu warto utrzymywać bliskie relacje z cyfrowymi katalogami bibliotecznymi (KaRo i NUKAT – co tam u was nowego?), przeglądać zapowiedzi na stronach wydawnictw, a także kolekcje książek sprzedawane w salonikach prasowych oraz metodycznie sprawdzać wszystkie tytuły niedostępne po polsku (rozrywka kilkudniowa). Tym sposobem na początku tego roku, aktualizując Listę po kilku latach, odkryłam kilka utworów wydanych w tym czasie po polsku po raz pierwszy (m.in. „Trzy pstre tygrysy” Guillerma Cabrery Infante i „Szklane pszczoły” Ernsta Jüngera), ale także stare wydania książek, o których tłumaczeniach nie wiedziałam, dodane przez was do bazy LC (np. „Bez przebudzenia” Warda Ruyslincka). Na tym najlepszym ze światów istnieją także, na szczęście, życzliwe i lepiej ode mnie poinformowane osoby, które powiedzą mi o jakimś niedawno opublikowanym tytule (Iceman – przesyłam uśmiechy dziękczynne).

Co ciekawe, początkowa Lista zawierająca 1001 tytułów obecnie liczy ich już 1318. Dołączyłam bowiem do niej książki dodane w kolejnych zaktualizowanych wydaniach źródłowego tomu, nie skreślając jednak pozycji z nich usuniętych. Z ostatniej angielskiej edycji książki z 2018 roku dopisałam 10 nowych dzieł, w tym „Historię zaginionej dziewczynki” Eleny Ferrante i „Krąg” Dave'a Eggersa. Niezmiernie raduje mnie także oczekiwanie na zapowiedziane na obecny rok premiery książek: „V” Thomasa Pynchona, „Lanark” Alasdaira Graya oraz „Infinite Jest” Davida Fostera Wallace’a. Przekład ostatniej z nich wzbudził dyskusje już przed publikacją.

Lista została zaktualizowana, dopisałam także nowe wydania znanych już książek. Odkładałam już temat na półkę, gdy nagle dopadło mnie pytanie: czy powinnam czytać wszystkie polskie przekłady danej książki? Dwadzieścia polskich tłumaczeń „Małego Księcia” A. de Saint-Exupéry’ego (te akurat i tak prawie wszystkie przeczytałam)? Trzynaście przekładów na język polski „Alicji w Krainie Czarów” (też znam)?

I dlaczego pojawiają się wciąż nowe pytania?

Słodki koniec, czyli błogie zmęczenie

Zapytacie może rozsądnie: po co ci to całe zamieszanie? Może dasz już sobie spokój? Czy nie szkoda ci czasu, zdrowia, energii i pieniędzy? Czy nie jesteś zbyt drobiazgowa?

Odpowiem szeptem, w przerwie na złapanie oddechu: ale ja to wszystko, co opisałam wyżej, uwielbiam. Każdy drobiazg. I nie oddam tego za nic.

A co was nakręca w temacie książek? Czy macie jakąś swoją książkową obsesję?

Jowita Marzec

Powiązane treści:
Ekstremalne wyzwanie czytelnicze

Najbardziej frapującą, inspirującą, ambitną, kontrowersyjną i interesującą publikacją tego rodzaju stało się dla mnie opasłe tomisko „1001 książek, które musisz przeczytać” pod red. P. Boxalla, która stała się podstawą najważniejszej listy czytelniczej i zainspirowała mnie do wymyślenia Projektu „1001 książek, które w życiu przeczytam” , który stanowi realizację czytelniczego planu najbliższą mojemu założeniu przeczytania najważniejszych książek na świecie.



więcej
Wyzwanie czytelnicze LC – temat na marzec

Nadszedł czas, by w czytelniczym wyzwaniu LC poznać temat na nowy, rozpoczynający się właśnie miesiąc. Tym razem zdecydowaliśmy się skorzystać z jednej z waszych propozycji.



więcej

Pokaż wszystkie teksty publicystyczne.
Komentarze
Autor:  Róża_Bzowa |  wypowiedzi: 60  [pokaż ostatnią] Odpowiedź
książek: 1678
Marcin
12-03-2019 09:47
Również podziwiam. Próbowałem tak żyć i dla mnie to była prosta droga do szaleństwa... więcej planowałem co zamierzam przeczytać niż po prostu czytałem. Analizy, wyszukiwanie tytułów, gromadzenie, zaczynanie kilku książek na raz, czytanie jednej i już myślenie o następnych, ciągłe planowanie co by tu jeszcze kupić/wypożyczyć/zdobyć i co przeczytać... no szaleństwo! Więcej czasu mi schodziło na... Również podziwiam. Próbowałem tak żyć i dla mnie to była prosta droga do szaleństwa... więcej planowałem co zamierzam przeczytać niż po prostu czytałem. Analizy, wyszukiwanie tytułów, gromadzenie, zaczynanie kilku książek na raz, czytanie jednej i już myślenie o następnych, ciągłe planowanie co by tu jeszcze kupić/wypożyczyć/zdobyć i co przeczytać... no szaleństwo! Więcej czasu mi schodziło na takie obsesyjne myśli niż na samym spokojnym czytaniu. Obecnie odwróciłem proporcje i już nie robię dalekosiężnych planów. Czytam co jest pod ręką. Nie znaczy że czytam byle co, selekcję jakąś oczywiście robię ale już bez takiej napinki. Koncentruje się na jednej, max 2-3 książkach na raz, a cała reszta i całe to bogactwo literatury nie zaprząta mi w danym momencie głowy. Przyjąłem myśl, że wszystkich książek i tak nie przeczytam. Umrę... a zadanie "1000 książek które musisz przeczytać" pozostanie niezrealizowane. Prostota tego faktu daje mi jakiś spokój... (ale być może przeczytam tysiąc innych książek?) :)
pokaż więcej
książek: 6384
Róża_Bzowa
12-03-2019 13:28
Mam takie refleksyjne chwile, że także dochodzę do tego przekonania i odpuszczam. Ale po pewnym czasie wracam świadomie i z radością do projektu.

I zdecydowanie nie przeczytam wszystkich książek, które bym chciała. Myślę wtedy, że gdyby przeczytała choć te, które mam w domowej biblioteczce byłabym nieziemsko usatysfakcjonowana.
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 1247
Bożena
12-03-2019 10:48
Jeśli chodzi o manię związaną z książkami, to ostatnio maniacko wyłapuję sceny z książką w filmach fabularnych i serialach. niestety za wiele tego nie ma. W większości polskich produkcji w pokazywanych domach nie ma książek, nikt nic nie czyta, o rozmowach o książkach nie wspominając.
książek: 1940
Patusza
12-03-2019 14:22
Świetnie się ten tekst czyta :D
Podziwiam za uparcie w robieniu listy, mi by się nie chciało :P Generalnie nie jestem fanką robienia takich list i zbierania stert książek - ale to może dlatego że u mnie w domu miejsca mało. No i jakiś czas temu przeszłam na minimalizm + planuję przeprowadzkę w niedalekiej przyszłości, więc staram się ograniczyć kupowanie i zmaksymalizować czytanie tego co już...
Świetnie się ten tekst czyta :D
Podziwiam za uparcie w robieniu listy, mi by się nie chciało :P Generalnie nie jestem fanką robienia takich list i zbierania stert książek - ale to może dlatego że u mnie w domu miejsca mało. No i jakiś czas temu przeszłam na minimalizm + planuję przeprowadzkę w niedalekiej przyszłości, więc staram się ograniczyć kupowanie i zmaksymalizować czytanie tego co już mam :)
pokaż więcej
książek: 206
watemark
12-03-2019 15:07
Brzmi jak pełnoetatowa praca. Czy człowiek w ogóle może zajmować się książkami w takim stopniu, nie zaniedbując pozostałych aspektów życia? Czy za pasjonującą historią o śledztwie, poszukiwaniach i czytaniu nie kryje się ogromny koszt alternatywny? Jakie są wyrzeczenia przy ambicji przeczytania wszystkich najlepszych książek świata?
książek: 6384
Róża_Bzowa
12-03-2019 15:11
Tak, to jest pełnoetatowe zajęcie (zwłaszcza w czasie sporządzania Listy i jej aktualizowania). Na szczęście dysponuję adekwatnym temperamentem oraz zwyżkowym poziomem energii.
Poza tym nie oglądam tv, a dobra ma aż 36 godzin... oj, znowu zapomniałam, że 24 :)
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 3437
filozof
12-03-2019 20:56
Moja ambicja skończyła,się.Gdy próbowałem "przeczytać " Faulknera .
książek: 731
Airain
13-03-2019 14:27
Jak powieść - prawo do nieczytania jest fundamentalnym prawem czytelnika. :)
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie

Opinie czytelników


O książce:
Widzę Cię

"Ukrywasz tajemnicę. Myślisz, że jest bezpieczna. A co, jeśli ktoś cię obserwuje...? Bohaterami tej książki są mieszkańcy jednego osiedla domków...

zgłoś błąd zgłoś błąd