Lubimyczytać.pl Sp. z o.o
http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/publicystyka/10804/adaptacje-wedlug-aleksandry-zielinskiej

Adaptacje według Aleksandry Zielińskiej

4 wartościowy tekst

Właśnie usłyszeliście, że wasza ulubiona książka zostanie zaadaptowana na film? Jak zawsze wyjść jest kilka – albo dostaniecie przejmującą interpretację w duchu oryginału; niezrozumiałą szmirę, wartą każdego Węża czy Maliny, a niewartą ceny biletu do kina; albo coś pomiędzy.

Adaptowanie to ryzykowana zabawa, ale wiele zacnych przykładów w kinematografii pokazuje, że można. Ładnie, pięknie, tylko wciąż pozostaje jedno pytanie: od czego to zależy? Jak skonstruować udaną adaptację? Z czego korzystać? Możliwości są zaiste nieskończone. Na język kina przenieść można wszystko, począwszy rzecz jasna od powieści, przez poezję, prozę, dramat, słuchowisko radiowe, komiks, reportaż, biografię, bajkę dla dzieci, ba, nawet felieton. Od razu zaznaczę, że żadna ze mnie specjalistka. Spotkałam się wprawdzie z adaptowaniem od strony akademickiej, również moja praca zawodowa jest z tym związana, ale potraktujcie ten tekst jako subiektywny przegląd najciekawszych triviów w obrębie tematu tak szerokiego, jak tylko można sobie wyobrazić.

Zatem jak się zabrać do adaptacji? Nie ma jednej świętej recepty i dobrze, niech się dzieje wola scenarzystów. Warto poczytać co nieco na temat technikaliów, nie zaszkodzi przejrzeć jakiś podręcznik, ale koniec końców zostaje się sam na sam z tekstem wyjściowym i własną wyobraźnią. Przede wszystkim trzeba pamiętać, że materiał do adaptacji i film to kompletnie różne media, a każde rządzi się swoimi prawami, nie da się więc przenieść powieści na ekran w postaci niezmienionej, więc o to chyba chodzi, o tę transformację.

W owych podręcznikach wymienia się podstawowe wskazówki, a najważniejszą z nich jest chyba znalezienie jednej linii fabularnej, która niesie historię, wysupłanie jej spośród innych wątków, mnogości postaci i tych wszystkich słów (scenariusz liczy sobie zwykle ponad sto stron, a z powieściami bywa różnie). To się czuje, prawda? Niemal od pierwszych scen widz wie, czy zgodzi się na warunki, jakie proponują twórcy, czy uwierzy w świat przedstawiony. Na pewno będzie mu trudno, jeśli wszystko tłumaczyć się będzie głosem z offu – narzędziem przeniesionym prosto z formy pisanej na wizualną. To rzadko się sprawdza, serio – warto pamiętać o zasadzie „pokazuj, nie mów”. Skoro już wspomniałam o rozmiarach scenariusza i powieści, to trzeba sięgnąć po nożyce – adaptowanie to cięcie, nie da się uniknąć cięć dość radykalnych (żegnaj, Tomie Bombadilu i wy wszyscy drugoplanowi bohaterowie, ścięci na amen albo posklejani w jedną postać). No ale tyle teorii, rzućmy okiem na jakieś przykłady.

Jednym z najbardziej osobliwych przypadków jest ekranizacja powieści Susan Orlean The Orchid Thief w reżyserii Spike’a Jonze’a. Scenarzystą jest Charlie Kaufman (oraz Donald Kaufman, o czym za chwilę), a wiadomo, że po nim spodziewać się można jazdy bez trzymanki i taka też jest „Adaptacja” – oto jazda bez trzymanki przez kolejne etapy bloku pisarskiego. Kaufman miał ogromny problem ze znalezieniem rdzenia w powieści Orlean, tej jednej linii fabularnej, która pociągnie pełnometrażowy film. Tak naprawdę wstępne prace rozpoczęły się w 1994 roku, gdy producent John Demme złożył projekt w Columbia Pictures (przypomnijmy, że premiera nastąpiła dopiero w 2002 roku). Kluczem do przełamania twórczego impasu okazało się obłaskawienie go przez opis – w efekcie film „Adaptacja” opowiada, jak scenarzysta Charlie Kaufman zmaga się z adaptacją powieści „The Orchid Thief”. Brzmi absurdalnie, bez sensu i o co tu w ogóle chodzi? Może, ale widzowie dostali niesamowicie ciepłą opowieść o walce z własnymi ograniczeniami (bo sam tytuł można interpretować na wiele sposobów), a wszystko to okraszone odniesieniami do rzeczywistości, czarnym humorem i niepowtarzalnym stylem Charliego Kaufmana. Na dodatek Kaufman na potrzeby filmu wymyślił sobie brata bliźniaka, Donalda (dodam, że obu portretuje Nicolas Cage i wychodzi mu to naprawdę dobrze), który wymieniony jest zarówno w napisach końcowych, jak i wśród nominowanych do Oscara za najlepszy scenariusz adaptowany (przegrali z „Pianistą” na podstawie pamiętników Władysława Szpilmana). Kaufman ma rękę do adaptacji – drugie podejście to „Anomalisa”, film zrealizowany w technice animacji poklatkowej, jeden z najlepszych w 2015 roku, nominowany m.in. do Oscara. Za podstawę posłużyła tutaj sztuka autorstwa Francisa Fregoli (pseudonim samego Kaufmana, prawie jak na planie „Być jak John Malkovich”). Co ciekawe, w filmie głos podkłada wyłącznie trójka aktorów: David Thewlis w roli głównej, dla którego wszystkie postacie brzmią tak samo (i rzeczywiście, zarówno kobiety, jak i mężczyźni mówią głosem Toma Noonana), poza Lisą Anomalisą, na pozór najzwyklejszą dziewczyną, odgrywaną przez Jennifer Jason Leigh. Z całego serca polecam tę kameralną historię o samotności i niech was nie zraża forma – „Anomalisa” dostała główną nagrodę jury na festiwalu w Wenecji jako pierwsza animacja w historii.

Jednym z bardziej oczywistych wyborów źródła do adaptacji jest tekst dramatyczny. Wydawałoby się, że sprawa raczej należy do prostszych i scenarzysta specjalnie się nie napoci, skoro większość pracy wziął już na siebie dramatopisarz, ale filmowe przykłady pokazują, że transformacja teatru na kino daje wciąż duże pole do popisu. Wiadomo, że od razu jako przykład nasuwa się Szekspir, opowiadany na setki sposobów, nie zawsze dla samego autora szczęśliwie. I jakkolwiek moim ulubionymi ekranizacjami są „Titus” i „Coriolanus”, to wybrałam akurat „Burzę” – tekst pod względem literackim pociągający, z dużym marginesem dla formy wizualnej, uważany za ostatni samodzielny utwór Szekspira. „Burzę” przenoszono na ekran po wielokroć, w tym w postaci homoerotycznej opowieści w reżyserii Dereka Jarmana, w 1979 roku, ale w kulturze zakorzenione są dwa przykłady. „The Tempest” Julie Taymor (również reżyserki „Snu nocy letniej” oraz producentki wspomnianego „Titusa”) oraz „Księgi Prospera” w reżyserii Petera Greenawaya. Obrazy te są diametralnie różne, zarówno pod względem prowadzenia historii, jak i samej formy, co świadczy tylko o tym, że w kwestii adaptacji jedynym czynnikiem, który cokolwiek ogranicza, jest wyobraźnia scenarzysty (no i niestety budżet). W obu przypadkach filmy podzieliły krytyków, chociaż wydaje się, że Greenaway wyszedł z tego starcia z Szekspirem obronną ręką. Wydawałoby się, że sam tekst jest tutaj bardziej pretekstem i w efekcie powstał pretensjonalny przykład przerostu formy nad treścią, ale kryje się w tym niesamowita wyobraźnia i jednocześnie miejsce dla widza z jego własnymi interpretacjami. Julie Taymor bardziej trzyma się oryginału, ale zawodzi. Ciekawym jej zabiegiem jest zmiana płci głównego bohatera, Prospera, i obsadzenie w tej roli Helen Mirren, ale właśnie forma działa bardziej przytłaczająco niż w przypadku Greenawaya. Dla fanów Helen Mirren owszem, gratka, ale reszcie świata polecę jednak „Burzę” w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego (w przekładzie Stanisława Barańczaka), zrealizowaną w Teatrze Rozmaitości w 2003 roku, teraz do obejrzenia za darmo w Ninatece – pesymistyczna wizja świata może i nakreślona w XVII wieku, ale jak współczesna.

Jak już wspomniałam, adaptowanie to najczęściej ostre cięcia, ale zdarza się, że materiał wyjściowy ma niewielką objętość i dla odmiany trzeba się wziąć za dopisywanie, szukanie wątków pobocznych i podnoszenie ich znaczenia, w końcu nasycenie całej historii tak, aby widz nie miał poczucia, że obcuje z dłużyznami, dodanymi na siłę. Szczęście w reżyserowaniu nowel czy opowiadań ma akurat Ang Lee, a mam tu na myśli Tajemnicę Brokeback Mountain oraz Ostrożnie, pożądanie. Przyjrzyjmy się tej drugiej ekranizacji – oryginał autorstwa Eileen Chang w polskim tłumaczeniu liczy sobie 92 strony, akcja rozgrywa się w ciągu jednego dnia i mimo tych ograniczonych rozmiarów Chang rysuje szeroki obraz lat 40. w Szanghaju z historią o miłości i szpiegowskiej zagadce na pierwszym planie. Za scenariusz odpowiadała tu Wang Hui-Ling z Tajwanu (notabene nominowana do Oscara za najlepszy scenariusz „Przyczajony tygrys, ukryty smok”, który też jest – uwaga, uwaga – adaptacją) oraz James Schamus. Film dostał Złote Lwy w Wenecji w 2007 roku, ale nie obyło się bez kontrowersji ze względu na śmiałe sceny erotyczne (których w książce się specjalnie nie uświadczy), mamy tu pełne sześć minut seksu, a ich nakręcenie wymagało około stu godzin zdjęć.

A jak na wieść o adaptacji reaguje autor? W historii kinematografii mamy przykłady paru pisarzy mocno zawiedzionych ekranizacjami ich prozy, pomimo faktu, że często efekt końcowy zdobył uznanie zarówno widzów, jak i krytyków. Daleko szukać nie trzeba i powszechnie wiadomo, że Stephen King nienawidził i nienawidzi Lśnienia w reżyserii Stanleya Kubricka – dziś uważanego za jeden z najlepszych horrorów wszechczasów. King twierdził, że może film, owszem, wizualnie wygląda niesamowicie, ale reżyserowi nie udało się uchwycić klimatu powieści ani tajemniczego, nieludzkiego zła, jakie drzemie w hotelu Olympia, wolał iść na łatwiznę i to bohaterów czynić źródłem katastrofy, a szczególnie Jacka Torrance’a, który już od pierwszej sceny w biurze menedżera hotelu wygląda jak świr. King do tego stopnia nie zgadzał się z wizją Kubricka, że sam wziął udział w produkcji miniserialu dla ABC w 1997 roku. Abstrahując już od samopoczucia Kinga, autor miał szczęście do adaptacji, wystarczy wspomnieć „Skazanych na Shawshank”, „Misery” czy nowy serial „Castle Rock”, dziejący się całkowicie w uniwersum znanym z książek pisarza. Dobra „Mroczna Wieża” się nie udała, ale kto spodziewał się cudów po upchnięciu siedmiu książek w zwykły pełen metraż, ten niech sam sobie winien.

Kubrick za to z pisarzami miał nieraz po drodze. Oprócz „Lśnienia” również Mechaniczna pomarańcza nie przypadła do gustu autorowi, a przecież mówimy o jednym z najważniejszych filmów w historii kinematografii. Anthony Burgess denerwował się, że Kubricka wcale nie interesuje historia odkupienia, bo zajęty jest babraniem się w scenach ostrej przemocy. Okazało się, że można pożenić obie kwestie, ale Burgess nie był tym zainteresowany.

Ciekawym przykładem jest adaptacja American psycho. Breat Easton Ellis nie lubił ekranizacji z wielu powodów, m.in. dlatego, że reżyserią zajęła się kobieta – Mary Harron, a zdaniem pisarza tylko mężczyzna udźwignąłby pracę nad tak emocjonalną historią. Zostawmy to bez komentarza. Warto wspomnieć również o filmie „Willy Wonka i Fabryka Czekolady” z 1971 roku w reżyserii Mela Stuarta. Tutaj Roald Dahl wkurzał się z powodu castingu – w głównej roli widział np. Petera Sellersa, a przecież dzisiaj trudno wyobrazić sobie na tym miejscu kogoś innego niż Gene’a Wildera. Podobnie było z Trumanem Capotem, który wolał Marylin Monroe w roli Holy Golightly zamiast Audrey Hepburn.

Jak widać, adaptacje to temat rzeka, dlatego zachęcam do szukania dalszych ciekawostek i puszczenia wodzy wyobraźni.

Jak wyglądałaby adaptacji książki, którą teraz macie w rękach?

---

Aleksandra Zielińska – obecnie krakowianka, choć urodzona w Sandomierzu. Absolwentka Uniwersytetu Jagielońskiego i Wydziału Sztuki Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN w Krakowie. Dała się już poznać czytelnikom jako autorka doskonale przyjętych powieści: Przypadek Alicji oraz Bura i szał. We wrześniu 2017 roku miał premierę jej zbiór opowiadań Kijanki i kretowiska, w którym pisarka mierzy się z problemem grozy dojrzewania na różnych etapach życia.

Powiązane treści:
Kiedyś myślałam obrazami, teraz językiem – rozmowa z Aleksandrą Zielińską

Od samego debiutu, powieści „Przypadek Alicji”, Zielińska dała się poznać jako wielki talent. Potem była jeszcze lepsza „Bura i szał”, a niedawno zbiór opowiadań „Kijanki i kretowiska”. Oto jedna z najciekawszych polskich pisarek młodego pokolenia w rozmowie z Marcinem Zwierzchowskim.



więcej

Pokaż wszystkie teksty publicystyczne.
Komentarze
Autor:  Aleksandra |  wypowiedzi: 11  [pokaż ostatnią] Odpowiedź
książek: 560
Meszuge
09-09-2018 21:54
Bywają adaptacje filmowe zdecydowanie lepsze od książek, na podstawie których powstały. "Ziemia obiecana", "Łowca androidów"...
książek: 239
Maciek
09-09-2018 22:24
"Łowca androidów" jest dość luźno oparty na książce, ale zgadzam się, że film lepszy. Dodałbym jeszcze "Autora widmo" do filmów lepszych niz książki.
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 365
Tymciolina
10-09-2018 07:11
Z adaptacji lepszych niż oryginał wymienię serial Wielkie kłamstewka. Piekielnie dobrze zagrany. Książka dużo słabiej do mnie przemówiła.
książek: 371
Marcin
10-09-2018 14:21
Ja zdecydowanie wolę książki. Adaptacje często budzą u mnie niedosyt, bo twórcy za dużo pozmieniali. Ale zauważyłem ciekawą sytuację. Ostatnio nie tylko filmowcy tworzą adaptacje, ale i pisarze tworzą książki umieszczone w filmowych uniwersach, a nawet adaptują uniwersa gier komputerowych. To jest fajne. Bo o ile adaptacje zwykle uważam za słabsze od oryginałów to ogólnie uważam że fajnie jest... Ja zdecydowanie wolę książki. Adaptacje często budzą u mnie niedosyt, bo twórcy za dużo pozmieniali. Ale zauważyłem ciekawą sytuację. Ostatnio nie tylko filmowcy tworzą adaptacje, ale i pisarze tworzą książki umieszczone w filmowych uniwersach, a nawet adaptują uniwersa gier komputerowych. To jest fajne. Bo o ile adaptacje zwykle uważam za słabsze od oryginałów to ogólnie uważam że fajnie jest że wszystkie gatunki sztuki się ze sobą przenikają.
pokaż więcej
książek: 1349
Monika
12-09-2018 22:48
Nie powiem, że lubię, bo to trochę za dużo i dalece nie wszystkich tych filmów dotyczy, ale doceniam filmy inspirowane (adaptacjami trudno to nazwać i te, które znam, absolutnie nie zasługują na miano ekranizacji) prozą Philipa K. Dicka. Bo jego dzieła, przynajmniej te dotąd przeze mnie przeczytane, a zaległości mam sporo, zupełnie do mnie nie przemawiają. Widzę pomysł, widzę pytania, ale... Nie powiem, że lubię, bo to trochę za dużo i dalece nie wszystkich tych filmów dotyczy, ale doceniam filmy inspirowane (adaptacjami trudno to nazwać i te, które znam, absolutnie nie zasługują na miano ekranizacji) prozą Philipa K. Dicka. Bo jego dzieła, przynajmniej te dotąd przeze mnie przeczytane, a zaległości mam sporo, zupełnie do mnie nie przemawiają. Widzę pomysł, widzę pytania, ale zupełnie nie czuję, a czasem i nie widzę opowieści, historii, akcji. Dla mnie wieje z tego nudą i cieszę się, jak opowiadanie jest krótkie. Nie będę twierdzić, że filmy są wybitne, nawet do dobrych niektórym trochę brakuje, ale przynajmniej są ciekawe, dynamiczne, trzymają w napięciu. O literackich pierwowzorach, tam gdzie mam porównanie, bo znam obie wersje, powiedzieć tego nie potrafię. Nuda.
I nie, nie przedkładam akcji nad przesłanie, drugie dno czy jak tam nazwać to, co niby należy z książki wyczytać. Gdybym tak robiła, to z Dickiem pożegnałabym się na dobre już po pierwszej próbie, a jednak wciąż przeczytanie kolejnych jego dzieł mam w planach i czasem, z dużymi przerwami, po coś sięgam. Ale też nie uważam, że akcja szkodzi głębszym treściom, przeciwnie, uatrakcyjnienie przekazu bardzo sobie cenię, bo i mi się przyjemniej czyta, i mam nadzieję, że więcej osób będzie w stanie choćby na te głębsze treści zerknąć i może jakoś je przyswoić - głębi połączonej z akcją nie boję się polecać, w przeciwieństwie do samej głębi, przy której obawiam się, że nie tylko ona nie dotrze, ale jeszcze zrazi delikwenta do innych moich polecanek.
Co mi się podoba w filmach inspirowanych twórczością Dicka, to że przy znaczących zmianach fabularnych lub niemal wymyślaniu całkiem nowej fabuły, udaje się zachować wystarczająco wiele z pytań, jakie pisarz swoimi utworami zadaje.


Generalnie jednak częściej adaptacje mi się nie podobają niż podobają. Niektóre uważam wręcz za profanacje i nie tylko wtedy, kiedy książka jest dla mnie jakąś wielką świętością. A czynnikiem, który czyni adaptację złą w moich oczach, nie jest rozmiar wprowadzonych zmian, nie jest ich skala, ale to, w jaki sposób wpływają na przesłanie opowieści, jej wydźwięk, na ocenę sytuacji, postaw i zachowań bohaterów. Bo jeśli zmieniony zostanie kolor skóry lub płeć bohatera, to, jeśli nie jest to film mający w jakiś sposób odzwierciedlać realia historyczne lub przedstawiać prawdziwą historię, to ja to przełknę. O ile nie wpływa to na konstrukcję bohatera i na jego pozycję w świecie, bo jeśli postać z książki została ukształtowana między innymi przez wychowanie w określonych realiach obejmujących taką czy inną dyskryminację, to postawienie jej po innej stronie podzielonego społeczeństwa, przestawienie ze strony dyskryminującej na dyskryminowaną lub odwrotnie, musi spowodować zmianę w historii życia takiego bohatera, a zatem także w jego konstrukcji psychicznej. Jeśli dla syna i wnuka gliniarza wstąpienie do policji było podstawową i wspieraną przez rodzinę ścieżką kariery, to nie możemy zastępować tego chłopaka dziewczyną, która wstępuje do policji wbrew rodzinnym próbom wychowania jej na przykładną żonę i matkę, ani dzieckiem stojącej na bakier z prawem mniejszości. Po prostu nie, bo to za mocno zmienia postać. Ale już córka gliniarza, którą ojciec wychowywał jak chłopaka, może być, pod warunkiem jednak, że nie będzie jedną z pierwszych kobiet w policji i nie będzie musiała walczyć o prawo kobiety do bycia gliną, ale że w tym miejscu i czasie kobiety w policji będą już normalnością - w takiej sytuacji zmiana płci bohatera nie ma już znaczenia, więc jeśli ktoś sobie umyślił obsadzić w roli określoną aktorkę czy aktora, to droga wolna. Tylko podejrzewam, że w takiej sytuacji jest to już dla filmowców mniej atrakcyjne, bo oni lubią wprowadzać zmiany po to, żeby wprowadzić dodatkowe napięcie, a zatem właśnie zmienić coś znaczącego. A to już mi się nie podoba.
pokaż więcej
książek: 469
Mili
14-09-2018 09:01
Był czas, kiedy musiałam przeczytać albo odświeżyć kilka lektur szkolnych w ciagu jednego tygodnia, wtedy dziękowałam światu nawet za nieudane adaptacje.
Wciąż jednak wolę "Pana Tadeusza", "Quo vadis" i "Ogniem i mieczem" na ekranie, niż na papierze.
książek: 1349
Monika
17-09-2018 22:17
Kiedyś nieźle się uśmiałam z zagranicznej ekranizacji "Ogniem i mieczem", to było chyba włoskie albo francuskie, może koprodukcja, jakoś tak z lat sześćdziesiątych lub siedemdziesiątych - kupa radości, zwłaszcza że miałam świeżo w pamięci książkę. No i te kostiumy! Aż mam ochotę sobie przypomnieć i sprawdzić, czy bawi tak samo jak kiedy byłam nastolatką :)
"Pana Tadeusza" wolę na papierze,...
Kiedyś nieźle się uśmiałam z zagranicznej ekranizacji "Ogniem i mieczem", to było chyba włoskie albo francuskie, może koprodukcja, jakoś tak z lat sześćdziesiątych lub siedemdziesiątych - kupa radości, zwłaszcza że miałam świeżo w pamięci książkę. No i te kostiumy! Aż mam ochotę sobie przypomnieć i sprawdzić, czy bawi tak samo jak kiedy byłam nastolatką :)
"Pana Tadeusza" wolę na papierze, film w ogóle mi się nie podobał, a "Quo vadis" jest mi wstrętne we wszystkich wersjach, tylko niektóre, w tym książkową, odrobinę ratuje w moich oczach Petroniusz.
pokaż więcej
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie

Opinie czytelników


O książce:
Święty Andrzej Bobola Życie, objawienia, cuda

Autorem jest ks. Józef Niżnik. A bohaterem jezuita, atleta Chrystusa, którego męczeństwo w wielu aspektach do złudzenia przypomina męczeństwo Chrystu...

zgłoś błąd zgłoś błąd