Lubimyczytać.pl Sp. z o.o
http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/10639/nie-tylko-wiatraki

Nie tylko wiatraki

3 wartościowy tekst

Witajcie w kraju, którego obywatele są najwyżsi na świecie, a największe wzniesienie mierzy niecałe 400 metrów oraz w którym podejście do narkotyków i prostytucji należy do najbardziej liberalnych, choć jego mieszkańcy deklarują, że są bardzo religijni. Jak to możliwe? No i najważniejsze, skąd się biorą Holendrzy?

Odpowiedzi na te pytania poszukuje Ben Coates, Brytyjczyk z pochodzenia, ale Holender z wyboru. W 2010 roku wracając z egzotycznej wyprawy, utknął na amsterdamskim lotnisku Schiphol. Ponieważ nie mógł znaleźć noclegu w żadnym hotelu, napisał do poznanej u wybrzeży Belize dziewczyny z Rotterdamu. Zaprosiła go do siebie tylko na kolację, a on został już na zawsze.

Bliskie spotkanie z Niderlandami ma w relacji Coatesa dwa wymiary – podróżniczy oraz historyczny. Autor odwiedza holenderskie miejscowości, ogląda zabytki albo uczestniczy w narodowych świętach i lokalnych imprezach, starając się przy tym poznać ich przeszłość. Imponujące tamy na kanale Nieuwe Waterweg są pretekstem do opowieści o wielkiej powodzi z 1953 roku, a także zdolności przebudowywania i kontrolowania otaczającego nas świata zwanej maakbaarheid. Fantazyjne przebrania uczestników karnawału w Maastricht przywołują życiorys bohatera narodowego Wilhelma Orańskiego, przez którego Holendrzy kochają kolor pomarańczowy.

Opisy miejsc i wydarzeń wzbogacone są w książce o kontekst historyczny, polityczny i kulturowy. W połączeniu ze spostrzegawczością i błyskotliwym poczuciem humoru Coatesa, Skąd się biorą Holendrzy to znakomity przewodnik po kraju, który jak się okazuje, ma do zaoferowania znacznie więcej niż tylko wiatraki i tulipany.

Ben Coates – z pochodzenia Brytyjczyk, ale z wyboru Holender. Niegdyś autor mów politycznych, doradca i lobbysta. Obecnie pracownik międzynarodowej organizacji charytatywnej, mieszkający wraz z żoną w Rotterdamie. Autor artykułów dla takich czasopism jak „The Guardian”, „The Huffington Post” i „The Financial Times”.

Fragment książki!

Ja tymczasem, również zobaczywszy tyle, ile trzeba, wróciłem nad rzekę i wsiadłem na kolejny prom linii „Waterbus”, płynący w dół Mozy w kierunku Rotterdamu. Mały jacht minął nas warkocząc silnikiem. Na pokładzie pięciu wytatuowanych mężczyzn tańczyło przy dźwiękach uwielbianej przez Holendrów house o połamanych rytmach. Za jachtem płynęła przysadzista barka wypełniona kontenerami z nazwą „YANG MING” na bocznych ścianach. Jeden z członków załogi mył tłustą blachę do pieczenia w białej, spienionej wodzie za rufą. Prom przepłynął obok niewielkiej stoczni. Na nabrzeżu leżała uszkodzona łódź, niczym wieloryb wyrzucony na plażę, a trzech mężczyzn w kombinezonach krzątało się wokół dziury ziejącej w jej burcie. Mnie rzeka kojarzyła się z wypoczynkiem, lecz dla innych oznaczała tylko pracę. Przez większość czasu jednak nic poza wysokimi groblami i płaskimi polderami nie urozmaicało pejzażu.

Nudny, absolutnie płaski krajobraz był oczywistą konsekwencją tworzenia kraju na terenach położonych poniżej poziomu morza. Krótko po przyjeździe do Holandii przeczytałem w atlasie, że najwyższa góra kraju wznosi się na imponującą wysokość ośmiuset osiemdziesięciu siedmiu metrów nad poziomem morza, czyli jest nieco niższa od najwyższego wzniesienia Walii. Jak się jednak okazało, ten niebotyczny szczyt, noszący nader stosowną nazwę Mount Scenery, to stożek wulkaniczny na terytorium holenderskim na Karaibach. W samej Holandii najwyższe wzniesienie mierzy jedynie skromne trzysta dwadzieścia dwa metry, ale nawet ono znajduje się w Limburgii, wąskim pasie ziemi, wysuniętym z południowo-wschodniego krańca kraju w głąb terytorium Niemiec. Najgęściej zaludnione tereny na północnym zachodzie są natomiast naprawdę niezwykle płaskie, pozbawione jakichkolwiek wzniesień poza pojedynczymi wydmami. W przypadku wielu miejsc w ogóle nie da się zmierzyć wysokości ponad poziomem morza: tablica w miejscowości Nieuwerkerk aan den IJssel pod Rotterdamem informuje z dumą, że jest to najniżej położony punkt w Europie, znajduje się bowiem na głębokości siedmiu metrów poniżej poziomu morza.

Dla mnie – osobnika, który wychował się w solidnie pofałdowanej angielskiej wiosce, gdzie żeby wydoić krowę trzeba było wykonać szybką przebieżkę po stoku o nachyleniu czterdziestu pięciu stopni – ten brak wzniesień był czymś autentycznie niepokojącym. Zamiast usianych wzgórzami krajobrazów i łagodnych łuków dróg, do których przywykłem u siebie, Holandia ma do zaoferowania jedynie kompletnie bezpłciowy teren i nudne, proste jak strzała drogi. Na kursach na prawo jazdy nie uczy się tu ruszania pod górę, a rowery nie mają przednich hamulców. Kiedy pada śnieg lokalne parki wypełniają się holenderskimi rodzicami, którzy sapią i zrzędzą, ciągnąc swoje pociechy na sankach, bo nie ma skąd zjeżdżać.

Przez przeprowadzką do Holandii byłem zapalonym biegaczem i rowerzystą, ale obydwie formy aktywności tracą sens, kiedy brakuje zarówno wyzwania, jakim jest zbocze, na które trzeba się wspiąć, jak i nagrody w postaci widoku ze szczytu. Główna ulica w pobliżu mojego domu nosi nazwę Bergweg – „Górska droga”, ale jej nachylenie jest tak małe, że nie da się po niej zjechać na rowerze bez pedałowania. Kiedy zgłosiłem swój udział w krótkim biegu ulicznym w Rotterdamie, otrzymałem pocztą pisemną instrukcję Jak biegać pod górę, na wypadek gdybym nie był odpowiednio przygotowany do pokonania lekko spadzistego mostu na trasie biegu. Życie Holendrów toczy się w przestrzeni dwuwymiarowej.

Całkowita płaskość krajobrazu wywiera także osobliwy wpływ na percepcję, sprawiając, że ten i tak mały kraj wydaje się jeszcze mniejszy. Podczas gdy w pagórkowatych regionach wzgórza i kręte drogi zwiększają odległości, dodając całe godziny do czasu podróży oraz izolując od siebie miejscowości położone po przeciwnych stronach gór, w płaściutkiej Holandii jest dokładnie na odwrót. Czas podróży ulega skróceniu, a zasięg wzroku się wydłuża. Na przykład jadąc pociągiem, dostrzegamy na horyzoncie poszarpany zarys dachów Rotterdamu z odległości mniej więcej dwudziestu pięciu kilometrów, a więc na długo zanim dotrzemy na miejsce. Trzeba jednak przyznać, że wszechobecne rzeki i kanały mają przedziwną właściwość zakrzywiania przestrzeni, wymuszają bowiem uciążliwe zmiany kierunku. Rzadko kiedy udaje się tu dotrzeć prosto do celu bez konieczności skorzystania z kilku objazdów, aby przedostać się na drugą stronę któregoś ze zbiorników wodnych. „Most był podniesiony” – to standardowa wymówka holenderskich urzędników, którzy spóźniają się do pracy.

W 2011 roku pewien holenderski dziennikarz miał swoje pięć minut sławy, gdy zaproponował, nie całkiem jako żart, śmiałe rozwiązanie problemu z wysokością. „Odkąd skończyłem piętnaście lat, marzę, żebyśmy mieli w Holandii górę” – wyznał dziennikarzom Thijs Zonneveld. „Płaski teren jest dobry do uprawy buraków, ale kiedy chce się uprawiać sporty, to katastrofa”. Jego propozycja zbudowania sztucznej góry zyskała poparcie holenderskiego związku kolarskiego, narciarskiego i alpinistycznego, a Zonnenveld był częstym gościem poświęconych temu pomysłowi programów publicystycznych w krajowej telewizji. Najpoważniejszą przeszkodę na drodze do realizacji projektu stanowił jego koszt, szacowany ostrożnie na miliard euro, i to przy założeniu, że dla oszczędności góra będzie pusta w środku. Początkowo planowano, że budowa szczytu o wysokości dwóch tysięcy metrów potrwa do roku 2018, lecz w czasie, kiedy odbywałem moją podróż, nawet się jeszcze nie rozpoczęła i kraj był nadal płaski jak holenderski naleśnik.

Inne wielkie, narodowe wyzwanie, to konieczność upchnięcia stosunkowo dużej liczby ludzi na dość małym terytorium. Mimo niezmordowanych wysiłków podejmowanych w celu powiększenia obszaru lądowego, w czasie, kiedy wybierałem się na wycieczkę po kraju, Holandia nadal była krajem o największej w północnej Europie gęstości zaludnienia, wynoszącej średnio pięćset osób na kilometr kwadratowy. Wedle standardów międzynarodowych zagęszczenie ludności w Holandii jest po prostu niesłychane. Jak wynika z moich pobieżnych wyliczeń, Holandia jest ponad trzykrotnie bardziej zatłoczona niż Chiny, a gdyby gęstość zaludnienia w Stanach Zjednoczonych była taka, jak w Holandii, mieszkałyby tam ponad cztery miliardy ludzi. W Randstad – swoistej romboidalnej konstelacji miast, złożonej z Rotterdamu, Amsterdamu, Utrechtu i Hagi – sytuacja jest jeszcze gorsza. Na każdy kilometr kwadratowy terenów miejskich przypada tam bowiem około półtora tysiąca osób. Nieprzypadkowo jednym z nielicznych miejsc o zbliżonej gęstości zaludnienia jest podobnie nasiąknięty wodą Bangladesz.


Pokaż wszystkie aktualności
Komentarze
Autor:  LubimyCzytać |  wypowiedzi: 2  [pokaż ostatnią] Odpowiedź
książek: 1925
LubimyCzytać
20-07-2018 14:42
Zapraszamy do dyskusji.
książek: 41
Legeriusz
23-07-2018 10:27
Cóż, dla mnie tekst straszny. Ja tymczasem...
Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie

Opinie czytelników


O książce:
Wojna w eterze 1914–1945. Wywiad i kontrwywiad radiowy

Niemal od zarania dziejów wiadomo iż odpowiednia informacja jest bronią, która nierzadko potrafiła zmienić oblicze wojen, wpłynąć na przebieg politycz...

zgłoś błąd zgłoś błąd